czwartek, 10 listopada 2011

Ktokolwiek widział, ktokolwiek czytał…

Wyobraź sobie, że znajdujesz ją w autobusie. Albo na ławce w parku. Wygląda niepozornie, zwyczajnie wręcz… ot, zeszyt w kratkę w sztywnej kolorowej okładce. Jedynie tytuł – „Księga Spotkań” – nadaje owemu zeszytowi jakieś ukryte znaczenie. Nie wiesz, czym jest. Nie wiesz, czy możesz zajrzeć do środka. Nie wiesz, czy to nie jest czyjś żart. Nietrudno teraz trafić do Internetu jako bohater ośmieszającego filmiku bądź zdjęcia zrobionego z ukrycia.

Wahasz się, ale „Księga” kusi swą niezwyczajnością. Zaglądasz do środka, tam zaś natykasz się na kartki zapisane różnym charakterem pisma. Pozdrowienia. Zwierzenia. Zapiski mniej lub bardziej przemyślane. Niektóre podpisane, inne nie. Wreszcie trafiasz na instrukcję-opis, która znajduje się na wewnętrznej stronie okładki. I zaproszenie do udziału w projekcie.

Mam na imię Mira, jestem blogerką i autorką projektu „Księga Spotkań”. Każdego zapraszam do udziału w moim projekcie.

Wielokrotnie już słyszałam pytanie, skąd narodziła się idea „Księgi Spotkań”. Odpowiedź jest w sumie prosta – ze mnie. Z mojej wewnętrznej potrzeby zrobienia czegoś wyjątkowego i wciągnięcia w to jak największej liczby osób równie otwartych i zakręconych jak ja. „Księga Spotkań” jest także wyrazem mojej pogoni za ludźmi, ich historiami, ich refleksjami czy spostrzeżeniami. Szukając pomysłu na projekt blogowy, zastanawiałam się, jak sama zareagowałabym, gdyby w moje ręce wpadła taka „Księga”. Powiem szczerze, byłabym zachwycona. Mnie od dawna bowiem urzekają różne takie inicjatywy/ happeningi/ sama nie wiem, jak je nazwać: batonik pozostawiony na ławce w parku z karteczką „To dla ciebie”. Albo ogłoszenie przyklejone na przystanku z kartkami do wyrwania „Uśmiechnij się”. Ja kocham literaturę i uwielbiam czytać, poza tym zależało mi na informacji zwrotnej. Chciałabym, aby „Księga Spotkań” wróciła kiedyś do mnie wypełniona do ostatniej kartki. Żeby wywoływała uśmiech na twarzy, ale nie tylko. Idea „Księgi Spotkań” oscyluje między dwiema podobnymi „inicjatywami”: pamiętnikami z czasów dziecięcych, do których wpisywało się pamiątkowe życzenia od przyjaciół, kolegów, koleżanek, i wierszyki w stylu „Na górze róże, na dole fiołki…” , oraz między „Księgami skarg i zażaleń”, które królowały w polskich sklepach za czasów PRL-u.

Wysyłając „Księgę Spotkań” w podróż, spodziewałam się zatem wpisów-pozdrowień, cytatów, zwierzeń nawet, ale też wyrazów oburzenia z powodu jakiejś sytuacji, złości na przykład na rząd czy szefa, a może żonę, męża, kolegę czy koleżankę. Liczyłam też na ślady twórczości własnej – jakieś wierszydła, dowcipy niewulgarne, autorskie teksty piosenek, fragmenty prozy…

Ludzie mnie fascynują i „Księga Spotkań” wychodzi naprzeciw tej fascynacji. Jest też formą testu, czy my – Polacy – naprawdę jesteśmy spontaniczni, otwarci i w pewnym sensie przebojowi wobec tego typu inicjatyw. Ciągle wierzę, że tak.

Zapraszam na miraiceti.blog.interia.pl

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz