wtorek, 26 czerwca 2012

O marzeniach, przyjaciołach i podróżach (cz.4.)

(część 1, 2 i 3 wspomnień) Ale wróćmy do Indii! Gdy myślę o tym kraju, zawsze przypomina mi się gorzka refleksja pewnej maharani po sesji parlamentu, na której byłym władcom udzielnych księstw odebrano wszelkie przywileje uprzednio solennie zagwarantowane im w umowach, na mocy których przekazywali władzę nad swymi terytoriami rządowi „zjednoczonych” Indii: „Indie były znane w świecie z tygrysów, maharadżów i żmij; teraz tygrysy wytępiono, maharadżów usunięto, zostały tylko żmije...” – jest to opinia niewątpliwie subiektywna, jednostronna, ale jednak w znacznej mierze prawdziwa, nasuwająca się nie tylko zainteresowanym książętom! Jedna z założycielek Towarzystwa Eksploracyjnego, później tragicznie zmarła Marysia SZENDER, bardzo podobnie opisywała w liście do mnie swoje wrażenia: „wszędzie tylko głód, brud, smród i brzydota – wygląda na to że często wysławiane piękno i urok Indii pochodziły wyłącznie od maharadżów i odeszły wraz z nimi”. Trudno się z tym nie zgodzić – z pewnym jednak zastrzeżeniem: nie całe stworzone niegdyś piękno „odeszło”, a tego co zostało wystarczyłoby z nawiązką do obdzielenia dziesięciu innych krajów! Marysia SZENDER opuszczała Indie z niesmakiem i rozczarowaniem, dla mnie stały się one kolejną „wielką miłością”, największą fascynacją, źródłem najwspanialszych przeżyć estetycznych i intelektualnych; nawet po powrocie przez wiele następnych lat nie mogłem się oderwać od mogolskich zabytków Agry, od hinduistycznej mitologii, od Sikhów i Radżputów, studiowałem je z nie mniejszym zainteresowaniem niż „swoje” chrząszcze czy ptaki, a i dziś gdyby dane mi było wyruszyć w ostatnią podróż swego życia i miałbym wybrać cel tej podróży, nie musiałbym się długo zastanawiać: oczywiście Indie – po Afryce również Amazonia zeszła na dalszy plan...!

Tak więc jeszcze zanim wróciliśmy z pierwszej egzotycznej wędrówki, już kombinowałem jakby pojechać na następną. Narazie jednak trudno się było w tych projektach dopatrzyć cech realizmu: podróżowanie wymaga – parafrazując Napoleona – trzech rzeczy: po pierwsze pieniędzy, po drugie pieniędzy, a po trzecie pieniędzy (coprawda ja potrafię ograniczać swoje potrzeby, ale poniżej pewnej granicy zejść się nie dało – w końcu lat siedemdziesiątych granicę tę wyznaczało tzw. minimum paszportowe, US$150; to teraz wydaje się niewiele, ale wtedy z trudem udawało mi się zarobić równowartość 30-40 dolarów miesięcznie, a zdobycie w Polsce takiej sumy w „dewizach” było, przynajmniej dla mnie, praktycznie niemożliwe); tymczasem ja „dysponowałem” tylko... mnóstwem długów z poprzedniej wyprawy...

A jednak! Jeszcze raz potwierdził się fakt, że o ile wiele moich spraw z żelazną konsekwencją układało się pechowo, to jednak pod jednym względem jestem nieprawdopodobnym szczęściarzem: zawsze miałem wspaniałych przyjaciół! W niecałe trzy lata po indyjskiej eskapadzie dostałem zaproszenie od koleżanki, która nieco wcześniej wyszła za mąż za Anglika i mieszkała pod Londynem! Coprawda Londyn nie leży ani w Indiach, ani nawet w Brazylii lub Afryce, ale po pierwsze zbiory chrząszczy indyjskich (i nie tylko!) w British Museum stanowią niewątpliwie najbogatszą kolekcję na świecie, a po drugie wyjazd do Anglii stwarzał szansę ominięcia bariery finansowej: przy wyjeździe na zaproszenie nie obowiązywało minimum paszportowe, a w Londynie można było zarobić znacznie lepiej niż w Polsce (i to – co najważniejsze – w „dewizach”!). Z dziesięcioma dolarami w kieszeni (tyle można było legalnie zakupić, i dokładnie tyle kosztowała przeprawa promem przez Kanał La Manche) wyruszyłem (autostopem) ku zgniłemu kapitalizmowi, na miejscu Ala i Steve pomogli mi znaleźć pracę (jako „porter” – takie popychadło klasy „przynieś, wynieś, pozamiataj!”) w hotelu w Londynie i jak na tamte stosunki bardzo tani (9 funtów tygodniowo) pokój tamże (mogłem mieszkać u nich w Croydon, ale po pierwsze dokładnie tyle samo wydałbym wtedy na przejazdy, a po wtóre nie chciałem im przez kilka miesięcy „siedzieć na karku”), i... zaczęła się niewątpliwie najcięższa wyprawa w moim życiu!

Moja podróż do Londynu miała, jak wspomniałem, dwa cele: przebadanie jaknajwiększej części materiałów z kolekcji południowoazjatyckich chrząszczy w British Museum, i zdobycie „netto” conajmniej 450 dolarów (minimum paszportowe dla mnie na następny wyjazd do Indii oraz dla Mamy i Siostry na wymarzoną przez Nie wycieczkę do Włoch). W hotelu zarabiałem fantastyczne ₤45 tygodniowo (londyńscy robotnicy trzy razy tyle uważali za głodową stawkę, ale ja, gdyby nie konieczność oszczędzania na inne cele, żyłbym za to jak Wielki Mogoł...), co pomnożone przez 8 (wiza opiewała na dwa miesiące) dawało 360; po oddaniu 72 właścicielowi pokoju zostawało 288, z czego musiałem zaoszczędzić conajmniej ok. 230 (kurs wahał się wówczas w okolicach 2 dolarów za funta), a dla bezpieczeństwa (np. nieprzewidziane opłaty w drodze powrotnej) raczej 250 – na wydatki bieżące zostawało ok. pół funta na dzień. Przed wyjazdem oczywiście rozpytywałem „bywalców” ile potrzeba aby skromnie przeżyć w Londynie, i typową odpowiedzią było „jeśli masz gdzie mieszkać, to pozatym dziesięć funtów dziennie powinno wystarczyć”; niektórzy z uśmiechem dodawali „no, jak cię znam, ty pewnie przeżyjesz i za pięć” – w tym kontekście moje pół wyglądało dość cienko, ale jeszcze optymistycznie. Niestety, kalkulacja wzięła w łeb gdy od razu na początku nieoczekiwanie „wypadły” mi dwa dni pracy, a w związku z tym 18 funtów – teraz już zostało „na życie” nie dziesięć czy choćby pięć funtów dziennie, lecz dwa... tygodniowo! Tak więc moje tygodniowe menu – poza pięcioma (dni powszednie) śniadaniami „służbowymi” w hotelu (chleb z masłem, jajko na bekonie, mleko) w pracy i jednym (sobota lub niedziela) obiadem u Ali i Steve’a – składało się z: dwu bochenków (po funcie każdy, czyli razem niecały kilogram) chleba, pół funta margaryny lub szmalcu, kilku cebul i codziennej pinty (ok. 0.4 l.) mleka. Rozkład dnia był również ustalony: pobudka przed szóstą, kwadrans później wymarsz do pracy (z Fulham na Kensington, ok. 7 km.) na siódmą; o trzeciej koniec pracy w hotelu, biegiem przez Kensington Park do przyrodniczej części Brirish Museum (ok. 3 km.) i przez ok. 3 godziny praca naukowa; ok. szóstej lub siódmej wychodził ostatni pracownik działu chrząszczy, co i mnie zmuszało do opuszczenia muzeum, znów 7 km. na Fulham, pół godziny lektury przy kromce chleba i „półpincie” mleka, i mniej-więcej do północy porządkowanie i uzupełnianie sporządzonych w ogromnym pośpiechu notatek z Muzeum; jeszcze pół godziny lektury (udało mi się wypożyczyć kilka niedostępnych w Polsce książek), i spać! Razem dziennie 17 km. ostrego marszu, ok. piętnastu godzin pracy, i ok. 5 – 6 godzin snu; to w dni powszednie – w sobotę lub niedzielę odwiedzałem zwykle Alę i Steve’a w Croydon (21 km. w jedną stronę). Co gorsza, po kilku tygodniach moje buty „nie wytrzymały tempa” i musiałem kupić nowe; najtańsze kosztowały 2 funty, ale niestety największy rozmiar był dla mnie o pół numeru za mały – w efekcie codzienne „marszobiegi” stały się dość bolesnym doświadczeniem, czego widomym świadectwem była cieknąca spod paznokci krew. Tak spędziłem „na saksach” ponad pięć miesięcy (wizę udało mi się przedłużyć), z tym że tylko przez niecałe trzy pracowałem w hotelu – później, mając już zapewnione „minima paszportowe”, cały dostępny czas spędzałem nad chrząszczami w Muzeum; w ten sposób skróciła się nieco trasa codziennych marszów i odpadła praca fizyczna, ale odpadło również darmowe dotychczas śniadanie, a codziennych wydatków zwiększyć nie mogłem jeśli miało mi starczyć do końca...

Tak więc dzięki zaproszeniu przez przyjaciół do Londynu (skąd wróciłem o 19 kilogramów lżejszy i o 450 dolarów bogatszy) dwie Panie HOŁYŃSKIe mogły pojechać do Włoch a jeden Pan HOŁYŃSKI odnowić znajomość z Azją. Przygotowania do wyprawy (tej azjatyckiej) trwały parę lat – 150 dolarów rozwiązywało wprawdzie sprawę pobytu w Sjamie i Indiach, a bilet do Bangkoku można było opłacić w złotówkach, ale najpierw trzeba było te złotówki (niestety znacznie więcej niż w 1975 roku...) zdobyć – tak że wyruszyliśmy (tym razem w cztery osoby – w tym, oczywiście, Jędrek) dopiero jesienią pamiętnego roku 1981. Podróż – trzy tygodnie w Sjamie (od Chiang Mai do Koh Phuket) i dziesięć dni w Indiach (Bombaj – Hyderabad – Nagpur – Delhi – Agra – Bombaj) – umocniła mnie w (niewątpliwie subiektywnym – de gustibus... – ale w takich sprawach to właśnie subiektywne odczucia są najbardziej obiektywną rzeczywistością) przekonaniu że dla przyrodnika najwspanialszą na świecie krainą jest ogólnie południowa Azja, a dla turysty (zainteresowanego historią, tradycjami, sztuką) całkiem konkretnie Indie: tak np. przy niesamowitej różnorodności postaci, sytuacji mitologicznych lub historycznych, stylów indyjskiej rzeźby czy architektury, sjamskie posągi, świątynie i pałace wydają się wręcz nudne: pierwszy niewątpliwie imponuje egzotycznym wyglądem, bogatymi ozdobnikami, tęczową kolorystyką; drugi zaciekawia niezauważonymi dotąd szczegółami, przy trzecim człowiek ma wrażenie że przez pomyłkę wrócił do któregoś z dwu poprzednich...

Zarobione w Londynie dolary się skończyły, zostały natomiast (coprawda złotówkowe) długi, i byłem raczej przekonany że na resztę życia będą mi musiały wystarczyć podróże odbywane metodą wypraktykowaną w latach wczesnej młodości – zwłaszcza że wróciliśmy tuż przed wojną jaruzelsko-polską: Mars wstąpił w znak Wrony, która to konstelacja wybitnie nie sprzyjała podejmowaniu dalekich wypraw (i nie tylko...). A jednak… Coś już chyba wspominałem o przyjaciołach?
[to be (perhaps…) continued]

Roman B. Hołyński

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz