poniedziałek, 25 czerwca 2012

O marzeniach i sprawdzaniu się przez podróże (cz.3.)

Ciągnęło jednak wilka do lasu: po powrocie do domu myśli znów zaczęły ulatywać do krajów dalekich a egzotycznych, świeżo rozbudzone nadzieje usiłowały się przebić przez mgłę uzasadnionego trzydziestoletnim doświadczeniem niedowierzania, głos nierozsądnego rozsądku uporczywie powtarzał „kto wie co ‘staronowego’ nasze umiłowane przez lud władze za rok czy dwa wymyślą, na razie ‘sytuacja jest znakomita ale jeszcze nie beznadziejna’ – korzystaj póki czas”! Brazylijskie i perskie niepowodzenia zmuszały do poszukiwania innych celów, toteż niemal każdy kraj między Japonią a Meksykiem i między Turcją a Madagaskarem przychodził do głowy – i niestety naogół szybko z niej wylatywał jako ewidentna mrzonka... Na tle tych wszystkich nierealnych pomysłów zaproszenie naszej Szeherezady wyglądało coraz mniej nierealnie, i w końcu na nim skoncentrowały się wszystkie nasze rozważania i plany! Rzeczywiście: czemu nie Indie? Parafrazując powiedzonko Einsteina, zamiar to niewątpliwie zwariowany, pytanie tylko czy wystarczająco zwariowany aby mógł się powieść?

Wizyta w Ambasadzie Indii wykazała że – wystarczająco!!! Wizyta w ORBISie przyniosła wiadomość, że podróżującym do Indii Państwo Ludowe zezwala na zakup nie, jak do krajów europejskich, stu ale całych stutrzydziestu dolarów; wizyta w LOT-cie zaowocowała informacją że bilet lotniczy do Duszanbe można kupić za złotówki i kosztuje to tylko 3025 zł. [ok. 120 dolarów po „oficjalnym”, a ok. 40 po realnym ówczesnym kursie] w obie strony. A więc jedziemy!!! Szybko odświeżyliśmy nawiązane wcześniej za pośrednictwem czasopisma „Młodzież Świata” (bardziej znanego jako „Radar”) korespondencyjne pakistańsko-indyjsko-cejlońskie kontakty (oczywiście nie zapominając o osobistych znajomych z Bułgarii; wprawdzie, jak się później okazało, źaden z nich nie wrócił do kraju, ale ich rodziny i przyjaciele bardzo serdecznie nas przyjęli), i – w drogę!!!

Byliśmy jednymi z najpierwszych Polaków podróżujących na tych zasadach [tzn. prywatnie i niskobudżetowo] do południowej Azji – do dziś nie spotkałem nikogo ktoby odbył taką wycieczkę przed nami – i wszędzie budziliśmy sensację: kasjerki w ORBISie na Pl. Konstytucji poznawały nas z daleka (i, jak tylko mogły, pomagały omijać niezliczone biurokratyczne przeszkody), przyjaciele pukali się w czoło, znajomi zasypywali mrożącymi krew w żyłach historiami. Słuchając tych „pochodzących z absolutnie miarodajnych źródeł” informacji [o ziejącej nienawiścią do obcych ludności, o bezkarnie grasujących dakoitach („i pełno zbójców na drodze” – przypomniał się MICKIEWICZ...), o tygrysach-ludojadach, o kłębowiskach jadowitych węży w każdej kępie krzaków i rojach skorpionów pod każdym kamieniem, o krwiopijnych owadach czyniących spanie bez moskitiery absolutnie niemożliwym i miliardach zarazków zmuszających do mycia każdego owocu w nadmanganianie potasu i picia wody tylko świeżo przegotowanej, o zabójczym dla europejczyka upale, itp., itd.] powinniśmy właściwie zemrzeć z przerażenia jeszcze przed wyjazdem. Nie zmarliśmy – i słusznie: ludzie okazali się naogół bardzo mili i gościnni (np. w hotelach spędziliśmy zaledwie kilka nocy w ciągu półtora miesiąca, bo naogół nocowaliśmy u „korespondencyjnych znajomych”, albo i u zupełnie przypadkowo poznanych ludzi), dakoitów ani tygrysów ani na lekarstwo, nadmanganianu nie używaliśmy, upał wytrzymywaliśmy nie gorzej niż „tambylcy”, skorpionów (pomimo poszukiwań) widzieliśmy w sumie pięć (coprawda jednego z nich w mojej własnej, leżącej przez pewien czas na ziemi, koszuli), co do moskitów to chętniebym wymienił każdego polskiego komara na dziesięć indyjskich. Węże spotkaliśmy – dwa lub trzy: jeden (niepodobny do żadnego z jadowitych) na Cejlonie tak szybko uciekał w gęstej trawie że nie mogliśmy mu się przyjrzeć; drugi, „wąż morski” widziany przez Jędrka z promu w drodze na Cejlon, z opisu wygląda mi raczej na węgorza; trzeci był 2–3-metrowym pytonem i napędził wprawdzie memu towarzyszowi porządnego stracha ułożywszy się na nim w nocy na campingu w Delhi, po chwili jednak z sąsiedniego namiotu wyszedł właściciel i zabrał swą maskotkę...

Emocje, przygody – były, a jakże, co by nie miały być? W Moskwie stewardessa dopiero na podstawie decyzji kapitana samolotu zdecydowała się wpuścić dwóch tak podejrzanych osobników na pokład: „wy kto?” – turyści; „turyści? a gdzie kierownik wycieczki?” – niema kierownika, sami jedziemy; „sami??? jak to sami??? turyści nie podróżują sami!!!”. W Duszanbe pytamy milicjanta o drogę do stacji kolejowej: „a dokąd chcecie jechać?” – do Termezu; „tam nie wolno, to teren przygraniczny!” – właśnie dlatego tam jedziemy, chcemy przekroczyć granicę; „a propusk u was jest’?” – mamy wizę afgańską; „wiza nieistotna, nużen propusk, bez propuska kasjer nie sprzeda biletu do Termezu” – a gdzie można dostać ten propusk?; „nu kakże? kanieczno w Maskwie!”... [na nasze szczęście kasjer najwyraźniej okazał się nieuświadomiony, bo sprzedał bilety bez słowa]. W Termezie cena przeprawy promem przez Amu-Darję ... „85 rubli [w owych czasach, według radzieckiego kursu, było to prawie 300 dolarów!] od grupy” – wszystko jedno czy „grupa” to 100 osób z kilkoma tonami bagażu czy jeden turysta z plecakiem (no, prawda, przecież „turyści nie podróżują sami”...) – po dłuższej nerwowej bieganinie doczepiliśmy się do jakiejś grupy „doradców radzieckich” i przebyliśmy graniczną rzekę za darmo. Do Mazar-i-Szerif docieramy wieczorem, i przedewszystkim dowiadujemy się w odpowiednim „biurze” (trochę na migi, trochę po „angielsku”) o autobus do Kabulu – niestety „already gone”; kiedy będzie? – „tomorrow five”; five morning or five afternoon? – „afternoon”; trochę to dziwne że autobus wyrusza na noc, więc upewniamy się: surely afternoon? – „afternoon!”; niestety, przyszedłszy nazajutrz po południu dowiadujemy się że autobus odjechał rzeczywiście o piątej ale jednak rano, i ledwo (po długiej awanturze, z wzywaniem policji) udało nam się uzyskać zwrot pieniędzy za opłacone bilety... Przed przekroczeniem granicy pakistańsko-indyjskiej wymieniamy w oficjalnym kantorze pieniądze, poczym po drugiej stronie znowu tylko piekielna awantura uratowała nas przed... zarekwirowaniem całej nabytej sumy bo przepisy indyjskie nie pozwalają na wwóz rupii z zagranicy. Zaopatrzeni w Cejlońskie wizy zamierzamy wsiąść w Rameshvaram na prom, ale „immigration officer” żąda wymiany US$20 na każdy dzień pobytu; to jest więcej niż w ogóle posiadamy, więc znów dopiero długa i ożywiona dysputa toruje nam drogę do kraju Syngalezów! Przy wyjeździe z Indii nowa niespodzianka: nie wiedząc o od tygodnia obowiązującym zakazie wywozu naświetlonych a nie wywołanych filmów, nieopatrznie przyznałem się iż takowe posiadamy, i teraz celnik żąda ich wydania (wywołają, sprawdzą i jakoby odeślą...); prośby i argumenty nie skutkują, Jędrek (główny fotograf wyprawy) przerażony, więc – jak mawiano na przesławnym Studium Wojskowym – „jak się nie da wprost, trzeba sposobem”: ze „zrozpaczoną” miną wręczam gorliwemu stróżowi tajemnic państwowych dwa... puste filmy, kilkanaście naświetlonych pozostaje w głębi plecaka. Pierwszy (w drodze powrotnej) kontakt z Afganistanem stanowi również celnik; najwyraźniej jeszcze parę tygodni temu kozy pasał, po angielsku zna może pięć słów, a może nawet dziesięć, o swoim obecnym „fachu” ma dość bladofioletowe pojęcie; zagląda do mojego plecaka: na wierzchu sporo zapakowanych troskliwie w papier ciężkich przedmiotów; rozpakowuje jeden z nich: kamień! (Jędrek jest geologiem, mnie również minerały interesują), patrzy jak sroka w gnat poczym twardo oznajmia „pay duty!”, ja równie twardo „no duty!”, on swoje „pay!” ja „no!”, „pay!”, „no!”, „pay!”, „no!”; wziął kamień, pobiegł gdzieś (zapewne spytać szefa), wrócił, włożył kamień do plecaka, rozpakował następny, powtórzyło się „pay!”, „no!”, „pay!”, „no!”, „pay!”, „no!”, znowu znikł, znowu wrócił; po piątym czy siódmym powrocie dał mi spokój, przeszedł do Jędrka, a zobaczywszy w pierwszej pięknie zapakowanej paczuszce również kamień, załamał się zupełnie, cisnął go z wściekłością do plecaka, wrzasnął jakieś najwyraźniej bardzo szpetne przekleństwo, i mogliśmy jechać dalej. Prom powrotny przez graniczną Amu Darię spóźnił się o dwie godziny, więc do Termezu dotarliśmy w czwartek o piątej po południu; nie mając ani kopiejki, pierwsze kroki skierowaliśmy do banku, ale okazało się że bank był czynny tylko do czwartej; gdzie poza tym można wymienić pieniądze? – nigdzie! o której bank otwierają jutro? – jutro bank nieczynny: piątek, w republikach muzułmańskich dzień wolny; a pojutrze? – pojutrze sobota, dzień wolny w całym Sojuzie; niedziela oczywiście też, a więc do poniedziałku będziemy bez pieniędzy...; cóż robić jak się nic nie da zrobić? idziemy na milicję: towariszczi, pomogitie, nie mamy pieniędzy na bilet do Duszanbe, tu jest strefa graniczna, jak nie wyjedziemy stąd w ciągu 24 godzin to nie tylko my, ale i wy możecie mieć nieprzyjemności...; milicjanci długo skrobali się w głowy i radzili co z nami zrobić, ale skutek przeszedł nasze najśmielsze oczekiwania: wsadzili nas do najbliższego pociągu tłumacząc coś szeroko konduktorce, ta umieściła nas w pustym przedziale pierwszej klasy, przyniesiono nam do przedziału obiad, co godzinę lub dwie pojawiała się herbata (gruzińska; początkowo niewiele sobie po niej obiecywaliśmy – to co w Polsce można było pod tą nazwą kupić, z trudem mogło rywalizować z wywarem z zeszłorocznego siana – ale była to bodaj czy nie najlepsza herbata jaką kiedykolwiek piłem!), a gdy z niemałymi obawami (ile to nam teraz każą zapłacić? w dolarach czy zaprowadzą do najbilższej kasy wymiany?) wysiadaliśmy w Duszanbe, usłyszeliśmy tylko „doswidanija” i przygoda była zakończona!

Takich i tym podobnych przygód było jeszcze sporo – teraz można o nich z humorem opowiadać, ale „w czasie rzeczywistym” kosztowały sporo nerwów! Jak jednak widać, żadna nie miała związku z tygrysami, dakoitami, czy choćby z moskitami: bohaterem każdej z nich był urzędnik i jego „środowisko życiowe”, największa plaga nie tylko podróżnika ale i w ogóle „cywilizowanego” świata: biurokratyczne przepisy, bariery, utrudnienia – wobec tego stugłowego smoka wszystkie inne niebezpieczeństwa i trudności nie zasługują nawet na poważniejszą wzmiankę...
c.d.n.
Roman B. Hołyński
(część 12 i 4 wspomnień)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz