sobota, 23 czerwca 2012

O marzeniach, przyjaciołach i sprawdzaniu się przez podróże (wspomnienia cz.1))

Chyba niewiele jest osób – przynajmniej wśród przedstawicieli płci męskiej – które w młodości nie marzyłyby o dalekich, egzotycznych, nasyconych przygodami podróżach: w „szczenięcych latach” niemal każdy widzi się w roli Magellana, Livingstone’a czy Amundsena. I choć później te sny o szerokim a ciekawym świecie zostają najczęściej zdominowane (albo i zupełnie stłumione...) przez pogoń za pieniędzmi, wspinaczkę po szczeblach kariery, albo po prostu przyzwyczajenie do ciepłych kapci i drzemki przed telewizorem, to jednak u niektórych „niepokój wędrówkowy” utrzymuje się przez całe życie. Te niespokojne duchy nie tworzą zresztą jednolitej grupy pod jakimkolwiek względem – prezentując ogromną rozmaitość motywacji, celów, stylów, częstotliwości i wszystkich innych „parametrów” podróżowania – nic więc dziwnego, że każdy przywozi inne wrażenia, inaczej je interpretuje, i wyciąga z nich inne wnioski. A po latach inaczej wspomina...

Pierwszą swoją egzotyczną podróż odbyłem w poważnym wieku lat kilku – nie pamiętam czy było to siedem, czy osiem, ale na pewno (do dziś mam tego świadectwa) nie więcej niż dziesięć. Była to indywidualna wycieczka z przewodnikiem, choć nie z serii Lonely Planet (wówczas jeszcze nie istniała) ani nawet Baedekera, a i nazwisko autora nie utrwaliło mi się w pamięci. Nie zachowały się w niej zresztą ani przygody jakie w trakcie tej wyprawy przeżyłem, ani szczegóły trasy, ani nawet kontynent po którym wówczas wędrowałem – a jednak była to w pewnym sensie najważniejsza podróż mojego życia: przesądziła na długie lata o sposobie spędzania wolnego (i, ku utrapieniu mojej Mamy, nie zawsze tylko wolnego...) czasu! Od tej pory bliższe lub dalsze (ale zawsze emocjonujące) ekspedycje odbywałem niemal każdego dnia (a okresami nawet po 2-3 dziennie) – trasa wiodła wzdłuż Utraty albo przez Llano Estacado, towarzyszami podróży byli kupcy, uczeni, konkwistadorzy albo handlarze niewolników, walczyłem z jaguarem albo z komarami, dwa elementy były jednak niezmienne: wędrowałem zawsze z „guide”-m w ręku, i zawsze przede mną leżał otwarty na odpowiedniej stronie atlas.

Oczywiście zdawałem sobie sprawę że zarówno Karol MAY, jak Edgar Rice BURROUGHS, James Oliver CURWOOD, Władysław UMIŃSKI, Emilio SALGARI, Henryk SIENKIEWICZ, Selma LAGERLÖF, Aleksander DUMAS, i większość tych wspaniałych cicerone z którymi zwiedzałem najpiękniejszy ze światów, w rzeczywistości pisali „przewodniki” po „krainach zespolonych” – częściowo realnych a częściowo „urojonych”, jak owe liczby które nienajlepiej wspominam z lekcji matematyki – i geograficzna ścisłość nie była najważniejszym z przyświecających im celów; zawsze jednak starannie poszukiwałem każdego Tanjung Putih czy Old Squaw Creek i byłem bardzo zdegustowany jeśli mi się nie udało ich znaleźć. Niestety zdarzało się to nierzadko, w znacznej mierze dlatego że moje ówczesne atlasy niebardzo się do takich poszukiwań nadawały, toteż mapy stawały się jedną z najbardziej przeze mnie pożądanych kategorii dóbr doczesnych – i ta obsesja z czasem coraz bardziej się nasilała. Zwyczaju śledzenia akcji powieściowej (a tymbardziej czytania publikacji „poważnych”, o praktycznie zerowym „komponencie urojonym”) z rozłożoną mapą nie pozbyłem się właściwie do dzisiaj, i choć tempo „dorosłego” życia coraz bardziej ogranicza możliwości takiej lektury, to jednak i teraz, gdy tylko czas i miejsce pozwala, wyruszam w „wirtualną” podróż...

Przez długi czas palec błądzący po mapie był jedynym dostępnym (nie tylko ze względów finansowych) dalekodystansowym środkiem lokomocji, toteż na pierwszą wycieczkę po świecie realnym – z Częstochowy do Krakowa – wyruszyłem dopiero jako dziewiętnastoletni prawie-student. Była to niezapomniana przygoda: z wygrzebanym gdzieś na strychu wiekowym, zbutwiałym, rozlatującym się (całkiem dosłownie: w ciągu tych dwu tygodni szyłem go niemal codziennie – i nie były to drobne usterki...) plecakiem, z dwoma („podsiębiernym” i „nasięrzutnym”) kocami w roli śpiwora i namiotu, w rozklekotanych pepegach (to takie, co młodszym Eksploratorom zapewne nie znane, wczesnopeerelowskie „adidasy dla niebogatych”), syciłem dziarskiego ducha wspaniałymi jurajskimi widokami a mdłe ciało tak królewskimi potrawami jak wędzony boczek z cukrem lub przypalone (PRZEZ JĘDRKA!) kartofle z przesolonymi (przeze mnie...) grzybami, nocując to w komnatach zamkowych (w Ogrodzieńcu), to pod gwiaździstym niebem pustyni (Błędowskiej), to we wsławionej legendą grocie (Łokietkowej w Ojcowie). Towarzyszem tej mojej pierwszej wyprawy był Andrzej MACIEJEWSKI, z którym się przez całą drogę kłóciliśmy niemal o wszystko: o wybór trasy i o czas wstawania, o tempo marszu i miejsce noclegu, o częstotliwość posiłków i celowość kontynuowania marszu podczas deszczu; stało się to tradycją na następne ćwierć wieku: podczas każdej wspólnej łazęgi każdy z nas przysięgał sobie i duchom przodków, że „z tym wrednym typem nigdy więcej” – poczym na następną wyruszaliśmy znowu razem...

W rok później była cudowna wyprawa, już w większym towarzystwie, na „Dziki Wschód” (hej! łza się w oku kręci: przez dwa tygodnie spotkaliśmy... dwie – w tym jedna jednoosobowa – grupy turystów i nikogo więcej!): w Bieszczady. Najpierw była jazda osławionym pociągiem relacji Warszawa – Zagórz, okropna (szesnaście godzin w zatłoczonym „na sztywno” wagonie) a jednak komfortowa (przedział zajmowaliśmy sami w dziesiątkę i ... wszyscy mieli miejsca leżące: na podłodze, na ławkach, na półkach, i w „hamaku” zrobionym na poczekaniu z lin przeplecionych między półkami; bardziej luksusowo podróżowałem chyba tylko – tymże pociągiem – kilka lat póżniej, kiedyto tłok był taki że nie tylko do zarezerwowanego [!!!] przedziału, ale nawet w ogóle do jakiegokolwiek wagonu nie byliśmy w stanie się wcisnąć, a więc ... wprosiliśmy się do wagonu pocztowego i wygodnie spaliśmy na workach z listami; ech! gdzie te czasy...). Potem były przepiękne wykwiecone łąki na Połoninie Caryńskiej (tak słodkie, ogromne maliny widziałem pozatym tylko raz w życiu, na Hali – nomen omen! – Pysznej w Tatrach...), zbieranie „rewelacyjnych” (zwłaszcza dla tak „doświadczonych” entomologów jakimi my wówczas byliśmy) gatunków chrząszczy (jak emocjonujące może być to zajęcie, przekonał się Jędrek podczas solowego wypadu w dolinie Górnej Solinki, zorientowawszy się w pewnej chwili że stoi w samym środku pola minowego...), biwak nad baśniowym Jeziorkiem Duszatyńskim, nocny marsz „na azymut” do Komańczy...

Następnie towarzystwo postanowiło pojechać w Tatry – co ja się nie nawydziwiałem na ten „poroniony pomysł”: przez pół dnia leźć w górę po to tylko aby przez następne pół złazić w dół, czy można wymyślić coś bardziej bezsensownego?! No cóż, jak mawiała moja babcia, „nie wierz gębie, połóż na zębie”: Tatry (polskie) okazały się dla mnie „miłością od pierwszego wejrzenia”, przez następne siedemnaście lat nie było ani jednego roku żebym tam nie był, znałem „każdy kamień” między Bobrowcem a Łysą Polaną, zdeptałem chyba wszystkie ścieżki dostępne dla nie-wspinaczy, zwiedziłem zakątki niemal nigdy przez nikogo nie odwiedzane. Lubiłem włóczyć się po górach i w piękną słoneczną pogodę, kiedy rozglądając się ze szczytu człowiek ma wrażenie że widzi cały świat; i podczas długotrwałego dżdżu, gdy mając trochę szczęścia można przebić się przez warstwę chmur i znaleźć się ponad nią, w pełnym słońcu, z niezapomnianym widokiem na kilka najwyższych szczytów wyłaniających się ze skłębionego „oceanu”; i pod koniec okresu słoty, gdy snujące się po dolinach opary to się zwierają to otwierają, odsłaniając coraz to inne tajemnicze komnaty jakiegoś ogromnego czarodziejskiego zamku... Później niestety coraz rzadziej mogłem sobie pozwolić na spędzenie choćby tygodnia czy dwóch w Zakopanem, ale choć od tego czasu zwiedziłem spory kawałek świata i widziałem wiele różnych gór, to jednak nie mam żadnych wątpliwości: Tatry – i to właśnie północna, polska część – są najpiękniejsze!
(czytaj ciąg dalszy)

Roman B. Hołyński

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz