niedziela, 24 czerwca 2012

O marzeniach, przyjaciołach i sprawdzaniu się przez podróże (cz.2.)


W czasie spotkania autorskiego (zobacz szczegóły) kilkakrotnie przewijał się temat wędrówek dr. Hołyńskiego po świecie. Zamieszczamy drugą część wspomnień, obejmujących okres do 1981 r. (częśc druga, po roku 1981 nigdy nie powstała). Całość miała się ukazać w wydanym przez Towarzystwo. Eksploracyjne tomiku Przemierzając świat. Opowieści podróżników (Warszawa 2000), ale Autor nie zdążył napisać swoich "migawkowych" wspomnień z tych peregrynacji. Żeby nie zginęy w szufladzie, publikujemy je na naszym blogu – jako kontynuacja rozmów w olsztyńskiej kawiarni naukowej. 

(zobacz część 1) Tymczasem jednak wędrowaliśmy z Jędrkiem (reszta „bandy” podążała inną drogą) z Nowego Sącza do Zakopanego i mój sceptycyzm znajdował potwierdzenie – hej, Przehybo, Przehybo, nigdy cię nie zapomnę: nie kończąca się mordęga niezbyt stromo ale stale pod górę, gdy każda wypukłość terenu wydawała się upragnionym szczytem aby się okazać tylko kolejnym rozczarowaniem, w końcu nocleg w deszczu (koc pod się, koc na się jako śpiwór i namiot „w jednej osobie”) przy drodze, o (jak się później okazało) dwieście metrów od schroniska... Ale nawet Przehyba ma swój koniec, i następną noc przespaliśmy już na sianie u poronińskiego górala, poczęstowani najpierw kolacją a następnie śniadaniem (pyszne świeżutkie mleko, pyszne świeżutkie masło! Ile jesteśmy winni? – A za cóż to chcecie płacić? Siana mi nie ubyło, a psez tom ksynke masła i mleka tyz nie zbiedniejem! Łostańcie z Bogiem!). Ostaliśmy z Bogiem, powędrowaliśmy do Jaszczurówki (gdzie mieliśmy bazę przez pierwsze parę lat; przez następne kilkanaście mieszkaliśmy przy Kościeliskiej Nad Potokiem, u wspaniałej, kochanej „Babci” GRONIKOWSKIej, która dbała o nas – i nie tylko – jak o własne dzieci, a gdy przychodziło do płacenia, groźnie zapowiadała że „obłupie ze skóry”, poczym kończyło się na jakiejś symbolicznej sumie albo i w ogóle na niczym), a następnego dnia wyruszyliśmy – gdzieżby? – na Giewont. I chyba tylko owej poleconej przez gościnnego gospodarza Bożej opiece zawdzięczamy że mój „czarny scenariusz” turystyki górskiej – „pół dnia w górę, pół dnia w dół, i tak w kółko” – został zrealizowany, bo „według wszelkich prawideł sztuki” droga w dół powinna trwać ... no, powiedzmy, znacznie krócej i tylko raz... Albowiem dzielnym mołojcom nie honor wracać – i to jeszcze „z takiego, ot, Giewontu!” – tą samą drogą którą weszli na szczyt, toteż postanowiliśmy zejść na stronę przeciwną, na Źleb Kirkora (o tym że był to właśnie Źleb Kirkora, i jaką sławą cieszy się zarówno on sam jak i cała północna strona Śpiącego Rycerza, dowiedzieliśmy się oczywiście dopiero później – w tamtym czasie nasza wiedza taternicka tak głęboko nie sięgała...)! Ale głupim szczęście sprzyja, i przy niewielkich stratach własnych (jedne spodnie rozdarte „na samiutkiej tyli”, i jedna odczepiona od paska i z niesamowitym łoskotem lądująca w źlebie manierka – zawierająca niestety ostatnią porcję znakomitego napoju z UNRRA-owskiego proszku; Jędrek jeszcze po latach nie mógł mi darować że, chcąc aby starczyło na powrót, nie pozwoliłem go wypić podczas drogi w górę) zdrowo i cało zjawiliśmy się wieczorem w Jaszczurówce.

Wycieczki po Polsce stały się więc „corocznością”; na szczęście ówczesne zwyczaje sprzyjały takim jak my, co to – jak owi weseli szewcy z piosenki – „nie mieli pieniędzy ale mieli czas” (teraz niestety tylko pierwszą część tej charakterystyki mogę do siebie zastosować...): istniały jeszcze Babcie GRONIKOWSKIe, u których się tygodniami mieszkało „za biezdurno”, po drogach jeździły nie zaplombowane TIR-y lecz (na ogół otwarte) ciężarówki zabierające (no, nie każda, ale jednak prędzej czy później któraś zabrała) autostopowiczów na skrzynię (a nie było ani przepisów zabraniających takiej jazdy, ani zwyczaju płacenia za nią), zawsze znalazło się bar mleczny w którym można było sobie całkiem nienajgorzej podjeść nie narażając studenckiej kieszeni na bankructwo! Od czasu do czasu „wyskakiwaliśmy” do „strefy konwencji turystycznej” na Słowację, z rzadka udało się „wychałturzyć” ogromną sumę potrzebną na wyjazd do Bułgarii. To już była egzotyka! Inny klimat, inna roślinność, inne chrząszcze, inni ludzie (barwna grupa Turczynek w Rodopach, jak z orientalnej baśni!), inne jedzenie, inna kultura (Tyrnowo! Rilski Monastir!), inne gesty (nigdy nie byłem pewien czy rozmówca potwierdza czy zaprzecza), inne zwyczaje...

Ostatniego dnia pobytu w Primorsku dwóch czujnych stróżów prawa i porządku wytropiło nasze obozowisko (dwa namioty w wyschniętym na pieprz lasku dębowym), gdy byłem w nim sam (reszta poszła do morza wykąpać się przed odjazdem); twardo oświadczyli (oczywiście po bułgarsku), że tu nie wolno i zażądali abym zapłacił jakąś obłąkaną karę i natychmiast opuścił zakazany teren. Ja na to (oczywiście po polsku), że nie rozumiem (rozumiałem...); oni znowu swoje, ja też. Stało się oczywiste, że nie mam do czynienia z poliglotami, zacząłem więc manifestować „pełne kieszenie dobrych chęci”: sprechen Sie deutsch? – brak błysku zrozumienia; do you speak English? – jak wyżej; parlez-vous français? hablan español? beszélnek magyarul? we wszystkich znanych mi i nie znanych językach – nic! Wreszcie „goworitie po russki?” przepełniło miarę: pokiwali głowami, grożnie (po bułgarsku!) powtórzyli swoje „nie wolno” i ... poszli! W Petriczu było gorzej. Ze smacznego snu pod jakimś krzakiem, około północy, zbudziło nas skierowane w twarze światło silnych lamp i ostro wykrzykiwane „wstawać!”: byliśmy otoczeni przez kilku dzielnych obrońców ludowego państwa z wycelowanymi w nas „pepeszami” (albo czymś podobnym, nie będę się upierał).

Zostaliśmy odstawieni na komisariat bułgarskiego odpowiednika naszej Obywatelskiej i posadzeni przy drzwiach z wiele obiecującym napisem „KAT” (to coprawda skrót tamtejszej milicji drogowej, ale wyglądało efektownie), pod tablicą z obwieszczeniem wzywającym obywateli do meldowania władzy o „podejrzanych elementach” nasyłanych przez imperialistów na miłujący pokój Petricz (nb. jak się okazało, rzeczywiście jakiś uświadomiony politycznie uczeń nas „zdemaskował”). Siedzimy, wstajemy, czytamy obwieszczenie, znowu siadamy – czekamy. Czekamy godzinę, dwie, trzy. Naprzeciw nas drzwi z okienkiem, za okienkiem wartownik, przed wartownikiem nasze paszporty – przegląda z namaszczeniem, kartka po kartce. Przegląda godzinę, dwie, trzy – zapewne uczy się na pamięć... Wreszcie nad ranem pojawił się jakiś komandir, zabrał nasze paszporty (biedny wartownik! chyba nie zdążył się jeszcze nauczyć...), zabrał nas, i zaczęło się przesłuchanie (ten już „goworił po russki”): kto my? skąd? po co? dlaczego nie w hotelu? – staram się odpowiadać spokojnie. Wreszcie wyszło szydło z worka: „znamy takich! dobrze wiemy czego szukacie w pasie granicznym! szpiegujecie!”. No, tego już było za wiele jak na moje zmęczone i niewyspane nerwy – ku przerażeniu Jędrka naskoczyłem na Obywatela Komendanta jak na łysą kobyłę: co do diabła? jakie szpiegostwo? jaka granica tu, w Petriczu? to my czytamy w Polsce ogłoszenia zapraszające do gościnnej Bułgarii, słuchamy peanów w radiu o wielkiej przyjaźni między naszymi narodami, a gdy przyjeżdżamy to nas aresztują i trzymają bez snu i jedzenia za to że położyliśmy się pod krzakiem? a następnie jeszcze się nam ubliża? to na tym polega bułgarska przyjaźń i gościnność? – nie pamiętam dokładnie o czym jeszcze perorowałem, ale w każdym razie moje exposé trwało co najmniej z dziesięć minut i słyszalne było zapewne rzeczywiście po drugiej stronie granicy... Pan Władza – najwyraźniej nie przyzwyczajony do roli ruganego przez aresztanta – był kompletnie zaskoczony i zdumiony: pokornie wysłuchał mojej tyrady, a gdy już wykrzyczałem co miałem do wykrzyczenia, nie tylko radykalnie spuścił z tonu, ale... zaczął się niepewnie tłumaczyć, bąkając coś o obowiązujących go rozkazach, o imperialistach czyhających na chwilę nieuwagi, itp. Potem się zresztą okazało, że pasy graniczne są [były?] w Bułgarii niezwykle rozciągliwe: w Smolanie (20 km. od granicy, ale jeszcze w pasie granicznym!) sytuacja się niemal dokładnie powtórzyła, a i w Topołowgradzie (ponad 30 km.) niewiele brakowało (tu na moje pytanie czy Topołowgrad też jest w pasie granicznym usłyszałem: no, nie, ale jest w pasie przylegającym do pasa granicznego – no comment...)!

Tak więc emocjonujących przygód nie brakowało i w socjalistycznej Europie, ale o „prawdziwych” podróżach można natenczas było tylko pomarzyć. Przez pierwsze „dolne kilkanaście” lat życia, podczas wczesnych wędrówek z książką i mapą, marzenia dotyczyły przedewszystkim Afryki: dżungle i sawanny, lwy i goryle, Arabowie i pigmeje, źli Samburu i dobrzy Wa-hima, Tarzan z Małp i Piętnastoletni Kapitan, przemożnie działali na pozbawioną oparcia w solidnej wiedzy wyobraźnię. W latach gimnazjalnych i uniwersyteckich Imperium Inków, wyprawa ORELLANy, tajemnica pułkownika FAWCETTa, zmniejszane czaszki Jivarosów, zatrute strzały Tupinambów, olbrzymie anakondy i – coraz istotniejsze w miarę konkretyzacji zainteresowań – ogromne bogactwo amazońskiej flory i fauny, stopniowo przyciągały moją uwagę w stronę Południowej Ameryki: w latach sześćdziesiątych i wczesnych siedemdziesiątych nie miałem cienia wątpliwości że jeśli jechać, to do Brazylii. Ale i tym razem „wierzenie gębie” nie wytrzymało konkurencji z „położeniem na zębie”...

Gdy przed dwudziestupięciu laty władcy naszej ludowej ojczyzny zmuszeni zostali do pewnego rozluźnienia prętów paszportowo-walutowej klatki, zaczęliśmy (oczywiście z Jędrkiem...) natychmiast kombinować jakby się do owej wyśnionej Brazylii dostać. Ale Brazylia, choć tak bliska na globusie, w przestrzeni rzeczywistej leży bardzo daleko, a już pierwsze uzyskane informacje nie pozostawiły żadnych złudzeń co do tego, że w „przestrzeni finansowej” odległość jest jeszcze większa – o wiele, wiele za duża... Cóż było robić? skoro brazylijskie progi za wysokie, trzeba poszukać niższych: w związku z wizytą szacha dużo się mówiło o przyjaźni polsko-perskiej – to też ciekawy kraj, jedziemy do Persji! Niestety, z ambasady wróciliśmy z informacją, że przyjaźń przyjaźnią a wizę dostaniemy najwcześniej za pół roku – jeśli ją w ogóle dostaniemy! Jak się nie ma co się lubi, trzeba lubić co się ma – pojechaliśmy po raz trzeci do Bułgarii...

W Sofii przy kasie biletowej przed nami egzotyczna grupa malowniczo zaturbanionych Azjatów usiłuje w kiepskiej – co zresztą najwyraźniej nie miało tu żadnego znaczenia – angielszczyźnie wytłumaczyć kasjerowi że chcą kupić bilety do Aten; wiedza lingwistyczna kasjera nie zaimponowałaby nawet owemu milicjantowi z Primorska, toteż we własnym dobrze pojętym interesie (inaczej moglibyśmy spędzić w tej kolejce jeszcze z godzinę...) musieliśmy interweniować. Pomogliśmy, następnie odbyliśmy wspólną (my jechaliśmy tym samym pociągiem, tylko nieco bliżej) kilkugodzinną podróż, i rozstawaliśmy się w ogromnej przyjaźni, z „obowiązkową” w takich sytuacjach wymianą adresów i zaproszeń. Gurbachan Singh zaprasza nas do Indii – w tamtych czasach brzmiało to jak zaproszenie od księżniczki Szeherezady do odwiedzenia Krainy z Tysiąca i Jednej Nocy! I tak też to początkowo potraktowaliśmy, ciesząc się że przynajmniej „arizońskie” okolice Melnika były osiągalne bez pomocy Lampy Aladyna...
 c.d.n.
Roman B. Hołyński

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz