@ Normalny dzień z prawdziwego posiadacza tego fantastycznego 'zjawiska’, jakim jest kot wygląda mniej więcej codziennie tak samo. Wstajemy budzeni masażem kocich łapek przy akompaniamencie cichego mruczenia, jesteśmy zmuszeni wstać i strzepać siebie tonę sierści zanim nakarmimy to małe stworzenie, kolejne godziny mijają nam na małej wojnie z partyzantem czającym się w rogu pod łóżkiem, czyhającym tylko by wczepić ostre pazurki w nasze łydki, koniec dnia a ty próbujesz wyrwać poduszkę spod kociego ciała, który uparcie twierdzi, że to jego własność. Nie na próżno krąży po świecie taka historyjka: w domu mieszka pies i kot, pierwszy z nich myśli "Człowiek mnie karmi, pozwala mi mieszkać w swoim domu i ja mogę spać w jego łóżku - jest moim bogiem!" Natomiast kota myśli wyglądają tak "Człowiek mnie karmi, pozwalam mu mieszkać w moim domu a na dodatek może spać w moim łóżku - jestem jego bogiem" i taka jest prawda.
@ Kot jest indywidualistą i egocentrykiem, jeśli dość szybko zaakceptujesz ten fakt cała reszta z Jego kocich zalet podbije Twoje serce. Dlatego nie jest zagadką, czemu to właśnie o nich chciałam wam opowiedzieć, przybliżyć wam ciekawostki, które w gruncie rzeczy wydają się rzeczą prostą do pojęcia. Porzuciłam jednak zwykłe plansze i prezentacje, a zamiast tego postanowiłam przygotować konkursowy quiz, głównie stworzony na podstawie obserwacji swojego pupila. Mogliście się przekonać jak tak naprawdę niewiele wiadomo o kotach i jak błędnie interpretuje się ich gesty. Koty mimo chadzania własnymi ścieżkami i przywódczym charakterze są bardzo towarzyskie i jeśli zrozumiemy ich patrzenie na świat mogą stać się fantastycznymi partnerami na całe życie.
@ Koty są bardziej podobne do ludzi i lepiej rozpoznają emocje targające nami niż psy. To jest naukowy fakt, już dawno temu udowodniony przez naukowców. Te mruczące stworzenia zostały udomowione najprawdopodobniej 6 tys. lat temu w Egipcie, gdzie były czczone i posiadały własne zawiłe kulty. Ich dzicy przodkowie nie potrzebowali tworzyć wielkich stad by przetrwać w świecie, zatem charakter indywidualisty zawdzięczają właśnie swoim korzeniom.
@,Dlaczego koty przynoszą nam upolowane myszy? Czy widzą barwy? Skąd wielobarwność sierści w jednym miocie? Czy niebieskookie białe koty są zawsze niewidome? Dlaczego koty zmieszczą się wszędzie? Takie i inne pytania omówiłam wam na swoim wystąpieniu, który mam nadzieję wygłosić jeszcze nie raz w swobodnych rozmowach towarzyskich. Mam nadzieję również, że zaszczepiłam w was cień zamiłowania do kotów a przygotowany quiz tylko pogłębił waszą wiedzę.
Joanna Czerwińska
Olsztyńska kawiarnia naukowa Klubu Profesorów Collegium Copernicanum - wirtualne uzupełnienie spotkań na olsztyńskiej Starówce i wypraw terenowych. Kameralne spotkania z nauką i naukowcami, w Olsztynie oraz w innych miejscach Warmii i Mazur. Jest także przedłużeniem spotkań wirtualnych Teamsatorium UWM.
środa, 16 kwietnia 2014
Sport to... kontakt z ludźmi
Sport to zdrowie, jak głosi przysłowie. Na pewno coś w tym jest, ale moim zdaniem to nie wszystko. Jakakolwiek forma aktywności fizycznej dostarcza również wiele pozytywnych emocji i doświadczeń. Nie chodzi tu wcale o osiąganie wielkich sukcesów i bicie światowych rekordów. Ważne, aby z każdym razem pokonywać samego siebie. Czy to kilometr więcej biegu, kilka sekund szybsze okrążenie na bieżni stadionu kortowskiego, czy też kolejne kilogramy na siłowni. Chciałbym Was gorąco zachęcić do rozpoczęcia swojej przygody ze sportem. Dla mnie osobiście jest to bardzo ważna część mojego życia i mam nadzieję, że Was również przekonam do tego. Nie należy zrażać się tym, że nie jesteśmy w czymś wystarczająco dobrzy, efekty przyjdą z czasem jeśli będziemy konsekwentni w tym co robimy.
W moim przekonaniu aktywność fizyczna powinna przede wszystkim dostarczać przyjemności, a nie być czymś przykrym i nużącym. Można jeździć na rowerze, biegać, pływać, uprawiać sztuki walki, w dzisiejszych czasach jest tyle różnego rodzaju form, że każdy z nas znajdzie coś dla siebie. Coś co pasuje do naszego profilu zainteresowań i do naszych możliwości. Bo przede wszystkim chodzi o to żeby czerpać radość z tego co się robi. Wiele ćwiczeń możemy robić samemu, nawet w zaciszu własnego mieszkania.
Aktywność fizyczna ma wiele zalet, ja postaram się przybliżyć cztery z nich, moim zdaniem najważniejsze. Są to: lepsze samopoczucie, poprawa zdrowia i kondycji, kontakt z ludźmi, oraz poprawa sylwetki. Jak już wcześniej pisałem sport ma sprawiać przyjemność. Jest to według mnie podstawowa rzecz w całej tej zabawie. Nie róbmy czegoś co nie dostarcza satysfakcji, czegoś co nas zniechęca. Jest w czym wybierać i warto to robić. Drugą zaletą jest poprawa zdrowia i kondycji. W tym wypadku nie trzeba się chyba rozwodzić. Nasz organizm adoptuje się do wysiłku i dzięki temu jesteśmy lepsi w tym co robimy. Daje nam to możliwość ciągłego poprawiania się, poczucia rozwoju i płynącego z tego dowartościowania. Stan zdrowia również ulega poprawie, dzięki czemu lepiej znosimy stres. Według mnie nic nie wpływa tak dobrze na odstresowanie jak bieg czy jazda na rowerze. Jesteśmy tylko my i postawiony sobie cel, a reszta schodzi na drugi plan.
Kolejną zaletą jest kontakt z ludźmi. Moim zdaniem tą kwestę często się pomija. Zauważmy, że praktycznie każdy sport można uprawiać z drugą osobą. Może to być kolejny pomysł na efektywne i przyjemne spędzenie czasu, lub też nawiązanie nowych znajomości chociażby na organizowanych różnego rodzaju amatorskich wydarzeniach, czy też na siłowniach lub w klubach fitness. Ostatnią kwestią którą poruszę jest poprawa sylwetki. Celowo wymieniłem ją jako ostatnią, bo w moim odczuciu jest to ostatnia z zalet. Owszem, często jest to pierwszy czynnik który skłania nas do rozpoczęcia aktywności fizycznej, ale prócz poprawy sylwetki zyskamy o wiele więcej cennych doświadczeń, to taki jakby czubek góry lodowej. Ważne, aby poprawa sylwetki nie stała się nadrzędnym celem, bo to przyjdzie z czasem, wystarczy tylko samozaparcie i konsekwencja.
Mam nadzieję, że przekonałem osoby niećwiczące do tego, aby zaczęły uprawiać jakiś sport. Wierzę, że może się to stać Waszą życiową pasją i dostarczy wielu miłych chwil. Tym zaś którzy aktywnie idą przez życie, życzę jak najlepszych osiągów i ciągłego poprawiania swoich dotychczasowych dokonań, a także jak największej satysfakcji z tego co robią.
Hubert Buchowski
student 3. roku biotechnologii
W moim przekonaniu aktywność fizyczna powinna przede wszystkim dostarczać przyjemności, a nie być czymś przykrym i nużącym. Można jeździć na rowerze, biegać, pływać, uprawiać sztuki walki, w dzisiejszych czasach jest tyle różnego rodzaju form, że każdy z nas znajdzie coś dla siebie. Coś co pasuje do naszego profilu zainteresowań i do naszych możliwości. Bo przede wszystkim chodzi o to żeby czerpać radość z tego co się robi. Wiele ćwiczeń możemy robić samemu, nawet w zaciszu własnego mieszkania.
Aktywność fizyczna ma wiele zalet, ja postaram się przybliżyć cztery z nich, moim zdaniem najważniejsze. Są to: lepsze samopoczucie, poprawa zdrowia i kondycji, kontakt z ludźmi, oraz poprawa sylwetki. Jak już wcześniej pisałem sport ma sprawiać przyjemność. Jest to według mnie podstawowa rzecz w całej tej zabawie. Nie róbmy czegoś co nie dostarcza satysfakcji, czegoś co nas zniechęca. Jest w czym wybierać i warto to robić. Drugą zaletą jest poprawa zdrowia i kondycji. W tym wypadku nie trzeba się chyba rozwodzić. Nasz organizm adoptuje się do wysiłku i dzięki temu jesteśmy lepsi w tym co robimy. Daje nam to możliwość ciągłego poprawiania się, poczucia rozwoju i płynącego z tego dowartościowania. Stan zdrowia również ulega poprawie, dzięki czemu lepiej znosimy stres. Według mnie nic nie wpływa tak dobrze na odstresowanie jak bieg czy jazda na rowerze. Jesteśmy tylko my i postawiony sobie cel, a reszta schodzi na drugi plan.
Kolejną zaletą jest kontakt z ludźmi. Moim zdaniem tą kwestę często się pomija. Zauważmy, że praktycznie każdy sport można uprawiać z drugą osobą. Może to być kolejny pomysł na efektywne i przyjemne spędzenie czasu, lub też nawiązanie nowych znajomości chociażby na organizowanych różnego rodzaju amatorskich wydarzeniach, czy też na siłowniach lub w klubach fitness. Ostatnią kwestią którą poruszę jest poprawa sylwetki. Celowo wymieniłem ją jako ostatnią, bo w moim odczuciu jest to ostatnia z zalet. Owszem, często jest to pierwszy czynnik który skłania nas do rozpoczęcia aktywności fizycznej, ale prócz poprawy sylwetki zyskamy o wiele więcej cennych doświadczeń, to taki jakby czubek góry lodowej. Ważne, aby poprawa sylwetki nie stała się nadrzędnym celem, bo to przyjdzie z czasem, wystarczy tylko samozaparcie i konsekwencja.
Mam nadzieję, że przekonałem osoby niećwiczące do tego, aby zaczęły uprawiać jakiś sport. Wierzę, że może się to stać Waszą życiową pasją i dostarczy wielu miłych chwil. Tym zaś którzy aktywnie idą przez życie, życzę jak najlepszych osiągów i ciągłego poprawiania swoich dotychczasowych dokonań, a także jak największej satysfakcji z tego co robią.
Hubert Buchowski
student 3. roku biotechnologii
sobota, 12 kwietnia 2014
Rośliny jako alternatywa dla produkcji biofarmaceutyków
Rośliny w medycynie obecne były od dawna, jednak od jakiegoś czasu przeżywają one swoją „drugą młodość”. Wraz z rozwojem technik inżynierii genetycznej dostrzeżono możliwość produkowania przez rośliny funkcjonalnych białek rekombinantowych na szeroką skalę. Odkrycie nowego zastosowania roślin jest obiecującą alternatywą w medycynie i przemyśle. Być może wkrótce zapomnimy o ograniczeniach, które narzucały nam metody wykorzystujące mikroorganizmy, drożdże, czy hodowle komórek ssaczych.
Dotychczas otrzymywanie przeciwciał i innych białek zachodziło w bakteriach, drożdżach i komórkach ssaczych. Jednak każdy użyty system związany jest z pewnymi ograniczeniami nie pozwalającymi na zadowalającą efektywność. Bakterie mogą zanieczyszczać białka wytwarzanymi endotoksynami. Z mikroorganizmami związane są też trudności w oczyszczaniu końcowego produktu. Drożdże w odróżnieniu od bakterii mają zdolność obróbki potranslacyjnej, która zwiększa szansę na otrzymanie aktywnego białka. Niestety, proces ten przebiega nieco odmiennie niż ten zachodzący w komórkach ssaczych, co może skutkować brakiem aktywności otrzymanego produktu. Z kolei hodowla tkanek ssaczych jest dobrą metodą, jeżeli chodzi o wytwarzanie funkcjonalnych białek, ale często wiąże się to z wątpliwościami wynikającymi z natury etycznej. Dodatkowo istnieje duże ryzyko zanieczyszczeniami, a sama produkcja jest kosztowna ze względu na drogi, specjalistyczny sprzęt.
Postęp technologii jest jednym z głównych motorów napędowych poszukiwania nowych rozwiązań oraz eliminacji istniejących problemów. To skierowało zainteresowanie badaczy na rośliny jako miejsce ekspresji dla określonych białek. Po raz pierwszy o roślinach w tym kontekście zrobiło się głośno w 1989 roku, kiedy badacze (Hiatt i współautorzy) udowodnili, że w tytoniu może zachodzić ekspresja i produkcja funkcjonalnych, aktywnych biologicznie przeciwciał. Kolejne lata spowodowały wzrost zainteresowania wykorzystaniem ich w medycynie, diagnostyce i przemyśle.
Jeżeli przeciwstawimy sobie wady i zalety wykorzystywania roślin w produkcji przeciwciał, szczepionek i innch białek, niewątpliwie można dostrzec przewagę korzyści nad wadami. Choć metoda ta nie jest jeszcze spopularyzowana i pozostaje w fazie badań, nie ulega wątpliwości, że za jakiś czas to transgeniczne rośliny będą grały pierwsze skrzypce w produkcji pożądanych białek.
Martyna Kuligowska
Studentka biotechnologii
Dotychczas otrzymywanie przeciwciał i innych białek zachodziło w bakteriach, drożdżach i komórkach ssaczych. Jednak każdy użyty system związany jest z pewnymi ograniczeniami nie pozwalającymi na zadowalającą efektywność. Bakterie mogą zanieczyszczać białka wytwarzanymi endotoksynami. Z mikroorganizmami związane są też trudności w oczyszczaniu końcowego produktu. Drożdże w odróżnieniu od bakterii mają zdolność obróbki potranslacyjnej, która zwiększa szansę na otrzymanie aktywnego białka. Niestety, proces ten przebiega nieco odmiennie niż ten zachodzący w komórkach ssaczych, co może skutkować brakiem aktywności otrzymanego produktu. Z kolei hodowla tkanek ssaczych jest dobrą metodą, jeżeli chodzi o wytwarzanie funkcjonalnych białek, ale często wiąże się to z wątpliwościami wynikającymi z natury etycznej. Dodatkowo istnieje duże ryzyko zanieczyszczeniami, a sama produkcja jest kosztowna ze względu na drogi, specjalistyczny sprzęt.
Postęp technologii jest jednym z głównych motorów napędowych poszukiwania nowych rozwiązań oraz eliminacji istniejących problemów. To skierowało zainteresowanie badaczy na rośliny jako miejsce ekspresji dla określonych białek. Po raz pierwszy o roślinach w tym kontekście zrobiło się głośno w 1989 roku, kiedy badacze (Hiatt i współautorzy) udowodnili, że w tytoniu może zachodzić ekspresja i produkcja funkcjonalnych, aktywnych biologicznie przeciwciał. Kolejne lata spowodowały wzrost zainteresowania wykorzystaniem ich w medycynie, diagnostyce i przemyśle.
Zalety roślin wykorzystywanych do produkcji przeciwciał i nie tylko
Atrakcyjność roślin jako „biofabryk” polega na wyeliminowaniu dotychczasowych problemów związanych z produkcją białek. Przede wszystkim głównym „argumentem za” są względy ekonomiczne. Umożliwia to produkcję biofarmaceutyków na szeroką skalę i –co najważniejsze – w atrakcyjnej cenie. Jest to istotne ze względu na ogromne zapotrzebowanie na tego typu produkty. Potwierdza to przykład ludzkiej albuminy osocza (HSA), której roczne zapotrzebowanie wynosi aż 550 ton, a koszty wyodrębnienia jej z ludzkiej krwi są bardzo wysokie. Kolejną zaletą jest bezpieczeństwo wytwarzania funkcjonalnych białek rekombinantowych. Zminimalizowane jest ryzyko zanieczyszczenia pożądanego produktu patogenami wirusowymi człowieka, drobnoustrojami chorobotwórczymi czy toksynami bakteryjnymi, zagrażającymi zdrowiu lub życiu ludzi, którym to białko zostałoby podane. Np. izolacja albuminy z osocza może nieść ryzyko zakażenia wirusowego, więc alternatywna metoda wykorzystująca rośliny jest strzałem w dziesiątkę. Istotny jest też fakt, że w roślinach zachodzi obróbka potranslacyjna w sposób bardzo zbliżony do organizmu ssaczego, co determinuje stworzenie w pełni aktywnego biologicznie białka w znacznych ilościach. Nie bez znaczenia jest też fakt, że rośliny nie jest trudno genetycznie modyfikować w celu otrzymania pożadanych przeciwciał, czy też innych białek. Wykorzystanie roślin nie wzbudza także negatywnych emocji, co jest związane z zapewnionym bezpieczeństwem stosowania farmaceutyków i niewątpliwą przewagą nad innymi, dotychczas stosowanymi metodami.
Tylko zalety?
Trangeniczne rośliny to z pewnością pewne i obiecujące źródło funkcjonalnych biofarmaceutyków. Jednak należy zastanowić się nad ewentualnymi wadami ich wykorzystywania. Przede wszystkim manipulacje genetyczne w roślinach nie od razu dadzą nam pożadane produkty. Aby zapewnić efektywność i bezpieczeństwo, należy doprowadzić, by linia transgenicznych roślin wykazywała stałą ekspresję określonego genu, co może trwać nawet kilkanaście lat. Wciąż prowadzone są badania związane z procesami oczyszczania rekombinowanych białek, co stanowi istotny problem, gdyż otrzymane produkty białkowe muszą podlegać standardom, które pozwolą dopuścić je do użytku.Jeżeli przeciwstawimy sobie wady i zalety wykorzystywania roślin w produkcji przeciwciał, szczepionek i innch białek, niewątpliwie można dostrzec przewagę korzyści nad wadami. Choć metoda ta nie jest jeszcze spopularyzowana i pozostaje w fazie badań, nie ulega wątpliwości, że za jakiś czas to transgeniczne rośliny będą grały pierwsze skrzypce w produkcji pożądanych białek.
Martyna Kuligowska
Studentka biotechnologii
czwartek, 10 kwietnia 2014
Fantastyczne rodzicielstwo
![]() |
| (Fot. S. Czachorowski) |
Dzisiejsi rodzice gonią za karierą, pieniędzmi, może nawet sławą, ale większość z nich zapomina jak ważne dla ich dzieci jest czas spędzony z nimi. Często dla „świętego spokoju” włącza się dziecku telewizję, lub komputer, żeby się czymś zajęło. Nie o to chodzi w rodzicielstwie. Wielu rodziców nawet jeśli ma czas dla swojego dziecka, to nie wie jak go wykorzystać. Stąd chciałbym przedstawić kilka aspektów, które moim zdaniem pozwolą wspólnie spędzić czas z waszymi pociechami, jednocześnie ucząc ich czegoś.
![]() |
| (fot. Kamil Downar) |
Gry planszowe oferują nam rozgrywki dla graczy w różnym wieku, z bardzo przejrzyście opisanymi zasadami gry. Wystarczy trochę czasu, i podłoga w salonie, aby świetnie spędzać czas ze swoimi pociechami. Kolejnym ciekawym aspektem fantastyki, którego prawie nikt nie zna, a pozwala dostarczyć wiele godzin świetnej zabawy, ukierunkowanej do rodziców młodocianych panien i kawalerów, którzy uwielbiają książki ze smokami, minotaurami i mantikorami jest rozgrywka tak zwanego fantasy role play, czyli opowieści w której gracze odpowiadają za przebieg wydarzeń, rozwój swojej postaci, oraz stosunki z innymi graczami wcielając się w szanujących naturę elfów, walecznych krasnoludów, czy przebiegłe niziołki. Pozwala to zainteresować młodych w literaturze fantastycznej, i zachęcić do czytania książek nie tylko lekturowych, sam zaczynałem od Hobbita w szkole podstawowej a na dzień dzisiejszy w moim pokoju znajduje się biblioteczka zawierająca kilkadzieścia pozycji fantasy. Rozgrywki fantasy role play pozwalają na rozwijanie wielu umiejętności takich jak negocjacje, uzyskiwanie informacji, planowanie, kreatywne myślenie i wiele wiele innych.
Najciekawsze jest to, że żeby zacząć grać i poznawać świat w uniwersum na przykład Warhammer fantasy role play potrzebny jest tylko wolny czas i chęci. To nic nie kosztuje. Materiały potrzebne aby zacząć są szeroko dostępne w sieci. Dla niektórych wygląd takiej rozgrywki może wydawać się niewiarygodny, mianowicie kilku ludzi siedzi naprzeciwko siebie i opowiadają co robią, gdzie idą i wcielają się w różne postaci, odgrywając ich rolę.
![]() |
| (fot. Kamil Downar) |
Sposoby spędzania wieczorów z pociechami, które przedstawiłem są oczywiście moją sugestią, która moim zdaniem jest czymś nowym, co pozwoli Wam się do siebie zbliżyć, i spędzić ze sobą wiele niezapomnianych godzin.
Kamil Downar
student biotechnologii
![]() |
| (fot. Kamil Downar) |
środa, 9 kwietnia 2014
Rośliny doniczkowe i biblioteka kulturalna
![]() |
| (Foto: czasnawnetrze.pl) |
Rośliny doniczkowe, chociaż stanowią jedną z cenniejszych ozdób wystroju domu czy mieszkania, mają dodatkowe, korzystne właściwości. Woń kwiatów koi nerwy i poprawia nastrój, dlatego tak chętnie otaczamy się pachnącymi roślinami. Wiele spośród popularnych roślin doniczkowych zawiera jednak toksyczne substancje. Wśród nich znajdują się m.in. fiołek alpejski, bluszcz i difenbachia. Więcej o pozytywnie i negatywnie wpływających na organizm człowieka ROŚLINACH DONICZKOWYCH, dowiesz się na czwartkowym spotkaniu Biblioteki Kulturalnej.
Zapraszamy na wykład inż Joanny Bastek, reprezentującej Koło Naukowe Florystów, działające na Wydziale Kształtowania Środowiska i Rolnictwa naszego Uniwersytetu.
Zapraszamy: czwartek (10.04), godz: 13:30, sala 116, Biblioteka Uniwersytecka UWM w Olsztynie
poniedziałek, 7 kwietnia 2014
Czy da się stworzyć plastik z powietrza?
Tytułowe pytanie brzmi zgoła paradoksalnie, jak niby z powietrza, którego na pozór nie możemy dotknąć można stworzyć twardy plastik? Jedna wystarczy przyjrzeć się temu z nieco bliższej perspektywy. Plastiki, czyli tworzywa sztuczne w głównej mierze składają się z węgla i wodoru, a tych pierwiastków mamy właśnie pod dostatkiem w powietrzu. Na przykład stężenia dwutlenku węgla, jednego z najczęściej i najliczniej występujących gazów śladowych w atmosferze, oszacowano w 2011 r. na około 391 ppm, czyli 0,0391% (wskaźnik EEA dotyczący stężeń gazów atmosferycznych). Wydaje się mało, ale w zupełności wystarczy. Nasuwa się jednak od razu kolejne pytanie, a właściwie dwa kolejne pytania. Po pierwsze jak z dwutlenku węgla (CO2) wyprodukować plastik, a po drugie, skoro jest to możliwe czemu nikt o tym nie mówi?
No cóż, przychodzi mi na myśl tylko jedno stare przysłowie: „Jeśli nie wiadomo, o co chodzi to chodzi o pieniądze ”. Nie doszukujcie się jednak tu żadnego spisku ekonomicznego, bo nie o to chodzi. Produkcja tak zwanego bioplastiku z powierza jest jeszcze zwyczajnie za droga. Pozostaje jednak jeszcze jedna kwestia, do której właśnie zmierzam, jak stworzyć plastik z powietrza?
Skoro wiemy już, że potrzebujemy do tego CO2, to wystarczy się szybko zastanowić, czy istnieje na ziemi jakiś organizm który jest w stanie wyłapywać ten gaz z powietrza i wykorzystywać go dla swoich potrzeb? Mogę się założyć, że pierwsze, o czym pomyśleliście to rośliny i wcale się nie pomyliliście. Obecnie jesteśmy w stanie tak zmodyfikować rośliny, aby produkowały dla nas właśnie bioplastik. Przykładem może być tu rzodkiewnik pospolity (Arabidopsis thaliana), nad którym obecnie prowadzi się badania w tym kierunku.
Niemniej jednak nie tylko rośliny potrafią tworzyć bioplastiki. Istnej pewna grupa bakterii, którą możemy znaleźć praktycznie wszędzie, w wodzie, glebie i powietrzu. Bakterie te posiadają niespotykaną wśród mikroorganizmów zdolność do fotosyntezy, czyli wykorzystują dwutlenek węgla z atmosfery oraz energię słoneczną do syntezy potrzebnych im do życia związków. Są to Cyjnobakterie, które jak możecie się spodziewać produkują także bioplastiki. Niestety nie każda bakteria może to robić, a co więcej nie jest to jeszcze zbyt wydajny proces. Obecnie jedynie u Spirulina platensis wykazano zdolność do syntezy bioplastiku, ale jak wspomniałem w porównaniu do innych bakterii, które są do tego zdolne proces biosyntezy bioplastiku jest mało wydajny. Uzyskano jedynie 10wt% suchej masy komórkowej, a dodając do tego koszty produkcji i izolacji, cena biopolimeru wzrasta diametralnie, mimo, iż surowiec do produkcji plastiku, który z reguły stanowiący znaczną część końcowej ceny bioplastiku jest tutaj darmowy (czytaj więcej http://www.ecobiomaterial.com/gallery/full-width/cyanobacteria/) .
Produkcja bioplastiku nie jest więc nie możliwa, wręcz przeciwnie. Istniej nawet możliwość, iż w niedalekiej przyszłości to mikroorganizmy jak cyjnobakterie będą produkować biodegradowale plastiki, o których więcej możecie przeczytać tu (http://biologiaolsztyn.blogspot.com/2013/10/biopolimery-ratunek-dla-swiata-czy.html) .
Robert Kiewisz
(student biotechnologii)
No cóż, przychodzi mi na myśl tylko jedno stare przysłowie: „Jeśli nie wiadomo, o co chodzi to chodzi o pieniądze ”. Nie doszukujcie się jednak tu żadnego spisku ekonomicznego, bo nie o to chodzi. Produkcja tak zwanego bioplastiku z powierza jest jeszcze zwyczajnie za droga. Pozostaje jednak jeszcze jedna kwestia, do której właśnie zmierzam, jak stworzyć plastik z powietrza?
Skoro wiemy już, że potrzebujemy do tego CO2, to wystarczy się szybko zastanowić, czy istnieje na ziemi jakiś organizm który jest w stanie wyłapywać ten gaz z powietrza i wykorzystywać go dla swoich potrzeb? Mogę się założyć, że pierwsze, o czym pomyśleliście to rośliny i wcale się nie pomyliliście. Obecnie jesteśmy w stanie tak zmodyfikować rośliny, aby produkowały dla nas właśnie bioplastik. Przykładem może być tu rzodkiewnik pospolity (Arabidopsis thaliana), nad którym obecnie prowadzi się badania w tym kierunku.
Niemniej jednak nie tylko rośliny potrafią tworzyć bioplastiki. Istnej pewna grupa bakterii, którą możemy znaleźć praktycznie wszędzie, w wodzie, glebie i powietrzu. Bakterie te posiadają niespotykaną wśród mikroorganizmów zdolność do fotosyntezy, czyli wykorzystują dwutlenek węgla z atmosfery oraz energię słoneczną do syntezy potrzebnych im do życia związków. Są to Cyjnobakterie, które jak możecie się spodziewać produkują także bioplastiki. Niestety nie każda bakteria może to robić, a co więcej nie jest to jeszcze zbyt wydajny proces. Obecnie jedynie u Spirulina platensis wykazano zdolność do syntezy bioplastiku, ale jak wspomniałem w porównaniu do innych bakterii, które są do tego zdolne proces biosyntezy bioplastiku jest mało wydajny. Uzyskano jedynie 10wt% suchej masy komórkowej, a dodając do tego koszty produkcji i izolacji, cena biopolimeru wzrasta diametralnie, mimo, iż surowiec do produkcji plastiku, który z reguły stanowiący znaczną część końcowej ceny bioplastiku jest tutaj darmowy (czytaj więcej http://www.ecobiomaterial.com/gallery/full-width/cyanobacteria/) .
Produkcja bioplastiku nie jest więc nie możliwa, wręcz przeciwnie. Istniej nawet możliwość, iż w niedalekiej przyszłości to mikroorganizmy jak cyjnobakterie będą produkować biodegradowale plastiki, o których więcej możecie przeczytać tu (http://biologiaolsztyn.blogspot.com/2013/10/biopolimery-ratunek-dla-swiata-czy.html) .
Robert Kiewisz
(student biotechnologii)
środa, 2 kwietnia 2014
poniedziałek, 31 marca 2014
Fenomen sagi „Pieśń Lodu i Ognia” we współczesności
Pierwszy tom sagi, mający tytuł „Gra o Tron”, zostały wydany w 1996 roku, a w Polsce ukazał się już dwa lata później. Natomiast w 2011 roku ta pozycja została okrzykniętą najczęściej kupowaną książką. Przyczyną takiego nagłego wzrostu popularności książki, pomimo obecności już od prawie dwóch dekad, wynika z powstania serialu bazującej na historii przedstawionej na jej kartach. Obecnie serial jest uważany za jeden z najlepszych a mało kto na początku emisji zdawał sobie sprawę, że historia ta została wykreowana przez Georga Martina wiele lat wcześniej.
Zdobycie popularności, zwłaszcza przez książkę, we współczesnym świecie w ciągu tak krótkiego czasu stanowi duże wyzwanie. Na czym więc polega jej fenomen? Na początek należy zauważyć że współczesnym odbiorcom są przedstawiane historie, nieważne czy to film czy książka, opierające w mniejszym lub większym stopniu na tym samym schemacie i staje się przewidywalna. I właśnie to odróżnia „Pieśń Lodu i Ognia” od innych tworów, charakteryzuje się oryginalnością, innością którym wielu odbiorcom brakowało.
Autor daje nam szczegółowo wykreowany świat razem z jego historią, które stanowią mocne fundamenty na których opierają się rozgrywane wydarzenia. Lodowy Mur na północny, Słoneczna Włócznia na południu, Wolne Miasta za morzem czy Królewska Przystań to tylko przykłady ze świata Westeros.
Kolejnym atutem przemawiającym za sukcesem sagi są liczni bohaterowie. Nie występuje tu typowy podział na bohaterów pozytywnych i negatywnych. Dostajemy szeroką gamę postaci, z których każda posiada zarówno cechy pozytywne jak i negatywne, z przewagą jednych albo drugich. Autor daje nam dostęp do szerokiego wachlarza bohaterów, których się uwielbia, nienawidzi lub uwielbia nienawidzić. Działania poszczególnych bohaterów wpływają na siebie pomimo, iż dzieli ich setki nawet tysiące mil. Dodatkowo autor wykorzystując poszczególne charaktery, neguje stwierdzenie, że dobro zawsze popłaca, honor natomiast to ułuda, a rycerskie ideały są ledwie mrzonką i tylko ładnie brzmią. Dobrym przykładem jest tu postać Eddarda Starka, który postępował uczciwie i honorowo, co ostatecznie doprowadziło do tego że został skazany na śmierć. Nasuwa się przez to wniosek, że aby coś osiągnąć niezbędne jest czasem odstawienie uczciwości na bok i zacząć grać według własnych reguł.
Następną zaletą „Pieśni Lodu i Ognia” jest wielowątkowość fabuły. Każdy wątek dotyczy innej postaci i jest widziany z jej perspektywy. Pomimo że poczynania bohaterów często mają miejsce w różnych częściach Westeros, przeplatają się ze sobą tworząc logiczną i spójną całość.
George Martin tworząc historię Westeros wprowadził nowy, dotąd nie spotykany motyw gry. Wszystkie działania i poczynania bohaterów, wszelkie wydarzenia mające miejsca w Siedmiu Królestwach są skupione wokół jednego, jedynego prawdziwego symbolu władzy, Żelaznego Tronu. W grze o tron nie obowiązują żadne reguły poza jedną: w grze o tron można wygrać albo umrzeć. Część bohaterów są graczami rywalizującymi o sprawowanie władzy a część jest wykorzystywana w charakterze pionków, które niczym na szachownicy można w każdej chwili poświęcić dla osiągnięcia korzyści. Pytanie tylko brzmi: kto jest kim?
Ostatnią cegiełką składającą się na sukces powieści Georga Martina jest klimat średniowiecznej Europy. Pod wieloma względami utwór pasuje do tematyki fantasy lecz lwia część to odwołania do dawnych czasów średniowiecznych. Świat jest brutalny i mroczny, charakterystyczny system feudalny, obraz różnych rodów szlacheckich wraz z ich historią, pokrewieństwami, koligacjami i herbami.
Saga „Pieśń Lodu i Ognia” jest na pewno warta uwagi szczególnie dla osób które poszukują nowej historii nie opartej na wielokrotnie powtarzanym już schemacie.
Tomasz Antonowski
Zdobycie popularności, zwłaszcza przez książkę, we współczesnym świecie w ciągu tak krótkiego czasu stanowi duże wyzwanie. Na czym więc polega jej fenomen? Na początek należy zauważyć że współczesnym odbiorcom są przedstawiane historie, nieważne czy to film czy książka, opierające w mniejszym lub większym stopniu na tym samym schemacie i staje się przewidywalna. I właśnie to odróżnia „Pieśń Lodu i Ognia” od innych tworów, charakteryzuje się oryginalnością, innością którym wielu odbiorcom brakowało.
Autor daje nam szczegółowo wykreowany świat razem z jego historią, które stanowią mocne fundamenty na których opierają się rozgrywane wydarzenia. Lodowy Mur na północny, Słoneczna Włócznia na południu, Wolne Miasta za morzem czy Królewska Przystań to tylko przykłady ze świata Westeros.
Kolejnym atutem przemawiającym za sukcesem sagi są liczni bohaterowie. Nie występuje tu typowy podział na bohaterów pozytywnych i negatywnych. Dostajemy szeroką gamę postaci, z których każda posiada zarówno cechy pozytywne jak i negatywne, z przewagą jednych albo drugich. Autor daje nam dostęp do szerokiego wachlarza bohaterów, których się uwielbia, nienawidzi lub uwielbia nienawidzić. Działania poszczególnych bohaterów wpływają na siebie pomimo, iż dzieli ich setki nawet tysiące mil. Dodatkowo autor wykorzystując poszczególne charaktery, neguje stwierdzenie, że dobro zawsze popłaca, honor natomiast to ułuda, a rycerskie ideały są ledwie mrzonką i tylko ładnie brzmią. Dobrym przykładem jest tu postać Eddarda Starka, który postępował uczciwie i honorowo, co ostatecznie doprowadziło do tego że został skazany na śmierć. Nasuwa się przez to wniosek, że aby coś osiągnąć niezbędne jest czasem odstawienie uczciwości na bok i zacząć grać według własnych reguł.
Następną zaletą „Pieśni Lodu i Ognia” jest wielowątkowość fabuły. Każdy wątek dotyczy innej postaci i jest widziany z jej perspektywy. Pomimo że poczynania bohaterów często mają miejsce w różnych częściach Westeros, przeplatają się ze sobą tworząc logiczną i spójną całość.
George Martin tworząc historię Westeros wprowadził nowy, dotąd nie spotykany motyw gry. Wszystkie działania i poczynania bohaterów, wszelkie wydarzenia mające miejsca w Siedmiu Królestwach są skupione wokół jednego, jedynego prawdziwego symbolu władzy, Żelaznego Tronu. W grze o tron nie obowiązują żadne reguły poza jedną: w grze o tron można wygrać albo umrzeć. Część bohaterów są graczami rywalizującymi o sprawowanie władzy a część jest wykorzystywana w charakterze pionków, które niczym na szachownicy można w każdej chwili poświęcić dla osiągnięcia korzyści. Pytanie tylko brzmi: kto jest kim?
Ostatnią cegiełką składającą się na sukces powieści Georga Martina jest klimat średniowiecznej Europy. Pod wieloma względami utwór pasuje do tematyki fantasy lecz lwia część to odwołania do dawnych czasów średniowiecznych. Świat jest brutalny i mroczny, charakterystyczny system feudalny, obraz różnych rodów szlacheckich wraz z ich historią, pokrewieństwami, koligacjami i herbami.
Saga „Pieśń Lodu i Ognia” jest na pewno warta uwagi szczególnie dla osób które poszukują nowej historii nie opartej na wielokrotnie powtarzanym już schemacie.
Tomasz Antonowski
niedziela, 16 marca 2014
Czy postęp jest wartością samą w sobie?
W środę 19 marca 2014 r. zapraszamy do Klubu Baccalarium (Kortowo, przy stołówce studenckiej, wejście od Placu Łódzkiego), godz. 16.45 na dyskusję o postępie. Wprowadzenie do dyskusji - Zuzanna Kunicka (studentka biolotechnologii).
Kilka przykładów zdobyczy współczesnej nauki i techniki, które pozwolą postawić pytanie czy postep jest wartością samą w sobie. Rozwiązania te stwarzane były z myślą rozwiązywania problemów społeczeństwa, z myślą niwelowania chorób, samotności, z myślą by ułatwiać ludziom życie, by ich uszczęśliwiać. Czy stosunek rozwiązanych przez nas problemów do problemów powstałych w wyniku postępu nie jest zbyt duży? Czy przypadkiem postęp nie jest w dzisiejszych czasach tak szybki, że nie mamy czasu na zastanawianie się nad dalekosiężnymi skutkami naszych wynalazków?
Nauka oraz technika rozwijają się w tempie geometrycznym. Postęp jest niczym kula śniegowa: gdy jest mała jej wzrost jest powolny, a im większa się staje tym szybciej przybiera na swojej objętości. O ile sama kula śniegowa nie jest zagrożeniem sama w sobie, o tyle lawina przez nią wywołana może prowadzić do zagłady ludzi osiedlonych pod górą, z której się obsunęła. Swoisty efekt motyla – mały czynnik powoduje niewyobrażalne zniszczenia. Czy takimi metaforami można określić współczesny postęp nauki oraz techniki?
Chyba każdy z nas spotkał się kiedyś z alergią na jakiś produkt czy czynnik środowiska. Wiosną, gdy jedni oddychają pełną piersią, ciesząc się zielenią panującą wokół, innym podziwiać ten widok przeszkadzają łzawiące oczy, a radość przerywana jest ustawicznym wycieraniem cieknącego nosa. Winne są niestety geny. Bardzo często alergia ma podłoże genetyczne. Gdy jedno z rodziców choruje, prawdopodobieństwo, że dziecko odziedziczy alergię wynosi 20-40%. Jeżeli oboje rodzice chorują prawdopodobieństwo wzrasta do 30-60%, natomiast gdy rodzice mają alergię na ten sam czynnik dziecko odziedziczy alergię na 60-80%. Jeżeli do tych statystyk dodamy koleje, np. że połowa Amerykanów jest uczulona na co najmniej jeden czynnik alergiczny, albo bliższy nam przykład, że co trzeci mieszkaniec Warszawy jest alergikiem, można stwierdzić, że zbliżamy się nieuchronnie do stworzenia populacji ludzi z nadaktywnym układem immunologicznym.
Alergia jest najmniej poważną z chorób uwarunkowanych genetycznie. Są również inne, bardziej inwazyjne, chociażby hemofilia, której nosicielami jest już 5% populacji rasy białej na świecie. Wiemy już skąd się biorą choroby genetyczne, jaki jest ich mechanizm, ale nasuwa się pytanie dlaczego ludzi chorych na te choroby jest więcej niż kiedyś i dlaczego wciąż ich przybywa?
Okazuje się, że zapłodnienie in vitro niesie ze sobą szereg zagrożeń, szczególnie dla poczętych w ten sposób dzieci. Związane jest to przede wszystkim z dużo częstszym występowaniem mutacji w genomie zarodków poczętych in vitro niż u dzieci poczętych drogą naturalną. Wiąże się to z częstszym występowaniem u noworodków poważnych chorób, a nawet nowotworów. Czy rzeczywiście możemy pozwolić sobie już teraz na odpowiedzialną ingerencję w strukturę genetyczną tych zarodków? Czy potrafimy wskazać granicę gdzie kończy się zlepek kilku komórek a zaczyna nowe życie? Czy potrafimy odpowiedzieć na pytanie jaki wpływ będzie miało na społeczeństwo zapłodnienie ludzi metodą in vitro? Z jakimi nowymi mutacjami będziemy mieli do czynienia, mutacjami, które powstały przy zapłodnieniu poza ustrojowym? Czy w przyszłości będzie z tego powodu przybywało ludzi bezpłodnych, ponieważ jest to choroba dziedziczna?
Ale zastanówmy się jak portale społecznościowe wpływają na samo społeczeństwo. Dzięki facebookowi mamy wrażenie, że uczestniczymy w życiu społecznym, bez ruszania się z czterech ścian własnego domu. Czy nie prowadzi to do nowego rodzaju samotności – samotności w tłumie? Czy nie cierpią na tym nasze umiejętności do nawiązywania relacji międzyludzkich? Czy dalej umiemy rozmawiać ze sobą w „realu”? Czy miejsce okazywanych przez nas emocji nie zajęły emotikony? Czy nie tworzymy na facebooku naszego, często wydaje się nam lepszego alterego? Czy sami nie kreujemy krzywego obrazu własnej osoby? Czy nie łatwiej nam teraz opowiadać o naszych problemach w samotności w wirtualnym świecie?
Wymieniłam wyżej tylko cztery z bardzo licznych przykładów zdobyczy współczesnej nauki i techniki. Stwarzane były z myślą rozwiązywania problemów społeczeństwa, z myślą niwelowania chorób, samotności, z myślą by ułatwiać ludziom życie, by ich uszczęśliwiać. Czy jednak postęp jest wartością samą w sobie? Czy stosunek rozwiązanych przez nas problemów do problemów powstałych w wyniku postępu nie jest zbyt duży? Czy przypadkiem postęp nie jest w dzisiejszych czasach tak szybki, że nie mamy czasu na zastanawianie się nad dalekosiężnymi skutkami naszych wynalazków?
Zuzanna Kunicka
Kilka przykładów zdobyczy współczesnej nauki i techniki, które pozwolą postawić pytanie czy postep jest wartością samą w sobie. Rozwiązania te stwarzane były z myślą rozwiązywania problemów społeczeństwa, z myślą niwelowania chorób, samotności, z myślą by ułatwiać ludziom życie, by ich uszczęśliwiać. Czy stosunek rozwiązanych przez nas problemów do problemów powstałych w wyniku postępu nie jest zbyt duży? Czy przypadkiem postęp nie jest w dzisiejszych czasach tak szybki, że nie mamy czasu na zastanawianie się nad dalekosiężnymi skutkami naszych wynalazków?
* * *
Nauka oraz technika rozwijają się w tempie geometrycznym. Postęp jest niczym kula śniegowa: gdy jest mała jej wzrost jest powolny, a im większa się staje tym szybciej przybiera na swojej objętości. O ile sama kula śniegowa nie jest zagrożeniem sama w sobie, o tyle lawina przez nią wywołana może prowadzić do zagłady ludzi osiedlonych pod górą, z której się obsunęła. Swoisty efekt motyla – mały czynnik powoduje niewyobrażalne zniszczenia. Czy takimi metaforami można określić współczesny postęp nauki oraz techniki?
Postęp medycyny – ochrona dla ludzi czy nowe zagrożenie?
Postęp medycyny stwarza dla ludzkości wiele nowych możliwości. Dzięki niemu możemy się uodpornić na większość chorób, które dziesiątkowały dawne społeczeństwa. Bardziej higieniczny tryb życia pozwala nam na unikanie potencjalnych zagrożeń ze strony pasożytów oraz drobnoustrojów chorobotwórczych. Wielkim przełomem w dziedzinie medycyny było samo wynalezienie szczepień ochronnych ( XIX w. ) czy antybiotyków (XX w.). Doprowadziło to do uporania się społeczeństwa z powszechnymi problemami związanymi chorobami zakaźnymi, które do tamtej pory były przyczyną chorób oraz śmierci setek milionów osób. Dodatkowo postęp medycyny sprawił, że osoby chore na przewlekłe choroby, które bardzo często są wynikiem mutacji w człowieczym genomie, są w stanie żyć z mniejszymi dolegliwościami oraz na pewno dużo dłużej, niż byłoby to możliwe wcześniej. Są to bardzo pozytywne strony postępu medycyny z punktu widzenia przeciętnej osoby, dla której dzięki tym zdobyczom życie staje się łatwiejsze oraz mniej niepokojące. Jednak czy gdy sięgniemy wzrokiem dalej i głębiej, postęp medycyny ma tylko swoje dobre strony?Chyba każdy z nas spotkał się kiedyś z alergią na jakiś produkt czy czynnik środowiska. Wiosną, gdy jedni oddychają pełną piersią, ciesząc się zielenią panującą wokół, innym podziwiać ten widok przeszkadzają łzawiące oczy, a radość przerywana jest ustawicznym wycieraniem cieknącego nosa. Winne są niestety geny. Bardzo często alergia ma podłoże genetyczne. Gdy jedno z rodziców choruje, prawdopodobieństwo, że dziecko odziedziczy alergię wynosi 20-40%. Jeżeli oboje rodzice chorują prawdopodobieństwo wzrasta do 30-60%, natomiast gdy rodzice mają alergię na ten sam czynnik dziecko odziedziczy alergię na 60-80%. Jeżeli do tych statystyk dodamy koleje, np. że połowa Amerykanów jest uczulona na co najmniej jeden czynnik alergiczny, albo bliższy nam przykład, że co trzeci mieszkaniec Warszawy jest alergikiem, można stwierdzić, że zbliżamy się nieuchronnie do stworzenia populacji ludzi z nadaktywnym układem immunologicznym.
Alergia jest najmniej poważną z chorób uwarunkowanych genetycznie. Są również inne, bardziej inwazyjne, chociażby hemofilia, której nosicielami jest już 5% populacji rasy białej na świecie. Wiemy już skąd się biorą choroby genetyczne, jaki jest ich mechanizm, ale nasuwa się pytanie dlaczego ludzi chorych na te choroby jest więcej niż kiedyś i dlaczego wciąż ich przybywa?
In vitro – cud nauki i techniki?
Postęp nauki i techniki dla wielu zwykłych ludzi na pewno jest niemal magią. Przecież gdybyśmy powiedzieli ludziom w XVIII w. że w przyszłości możliwe będzie przeszczepianie tkanek i narządów między ludźmi, czy ludźmi a zwierzętami, popukaliby się w głowę i zastanowili nad naszym zdrowiem psychicznym. Nawet teraz, mimo dobrego poznania biologii i fizjologii pytając przeciętną parę, która poczęła dziecko metodą in vitro, o to czym jest dla nich postęp, odpowiedzą na pewno, że cudem. In vitro stało się dla ludzi dotkniętych chorobą cywilizacyjną jaką jest niepłodność ogromną szansą na posiadanie własnych dzieci, szansą, na nawiązanie niewyobrażalnej więzi z dzieckiem jeszcze nienarodzonym, szansą na spełnienie się w roli matki i ojca, a dla samotnych kobiet szansą na posiadanie potomstwa. In vitro staje się coraz powszechniejszą metodą zapłodnienia ze względu na coraz większy odsetek ludzi bezpłodnych, jest szeroko reklamowane w mediach. Jednak czy takie rozwiązanie niesie ze sobą tylko dobre strony?Okazuje się, że zapłodnienie in vitro niesie ze sobą szereg zagrożeń, szczególnie dla poczętych w ten sposób dzieci. Związane jest to przede wszystkim z dużo częstszym występowaniem mutacji w genomie zarodków poczętych in vitro niż u dzieci poczętych drogą naturalną. Wiąże się to z częstszym występowaniem u noworodków poważnych chorób, a nawet nowotworów. Czy rzeczywiście możemy pozwolić sobie już teraz na odpowiedzialną ingerencję w strukturę genetyczną tych zarodków? Czy potrafimy wskazać granicę gdzie kończy się zlepek kilku komórek a zaczyna nowe życie? Czy potrafimy odpowiedzieć na pytanie jaki wpływ będzie miało na społeczeństwo zapłodnienie ludzi metodą in vitro? Z jakimi nowymi mutacjami będziemy mieli do czynienia, mutacjami, które powstały przy zapłodnieniu poza ustrojowym? Czy w przyszłości będzie z tego powodu przybywało ludzi bezpłodnych, ponieważ jest to choroba dziedziczna?
Komórki macierzyste – nadzieja dla wszystkich?
Manipulacja komórkami embrionów dotyczy nie tylko zapłodnienia in vitro. Jest konieczna również przy pozyskiwaniu komórek macierzystych. Wyhodowanie komórek tkanek organizmu z komórek macierzystych była na pewno wielkim sukcesem współczesnej medycyny oraz inżynierii genetycznej. Stwarza ona wręcz niewyobrażalne możliwości. Wykorzystanie własnych komórek organizmu do naprawy innych uszkodzonych tkanek jest genialną sprawą. Dzięki tej metodzie problem odrzucania przeszczepów byłby zniwelowany ze względu na stu procentową zgodność tkanki przygotowanej do przeszczepu z tkankami naszego organizmu. Jednak pójdźmy o kilka kroków dalej, założymy na chwilę, że postęp nauki doprowadzi do tego, że będziemy w stanie wyhodować niemal każdą komórkę ludzkiego organizmu. Czy, gdy dojdziemy już do wprawy i takie manipulowanie komórkami macierzystymi zostanie skomercjalizowane, czy nie stanie się ono machiną do robienia pieniędzy mniej więcej tak jak in vitro? Czy nie będzie to swoistym lekiem na starość? Co się stanie, gdy za pieniądze będziemy mogli wymienić niemal każdą zestarzałą tkankę na nową, zdrową i młodą dzięki komórkom naszego własnego organizmu? Kto będzie miał monopol na niestarzenie, oraz co ważniejsze – gdzie będzie zaczynała się granica starości?
Facebook – okno na świat i ludzi?
Niewątpliwą zdobyczą współczesnej nauki oraz techniki jest Internet. A wytworem ludzi oraz Internetu stały się wszelakiego rodzaju portale społecznościowe, wśród których obecnie niewątpliwy prym wiedzie Facebook. Portale takie reklamowane były jako okno na świat, na ludzi. Dzięki nim możemy poznawać osoby z całego świata, odszukać starych przyjaciół, odnawiać kontakty, bez przeszkód wymieniać się poglądami, dzielić się tym co nas zainteresowało. I tak portale społecznościowe na dobre zagościły w naszym życiu. Obecnie na pewno prawie każdy z nas ma konto na którymś z portalów społecznościowych, niektórzy nawet na kilku. Mamy na nich setki (!) znajomych. Facebook stał się miejscem spotkań, zwierzeń.![]() |
| (Podwórko w pełni "analogowe", relacje międzyludzkie są rzeczywiste, fot. S. Czachorowski) |
Wymieniłam wyżej tylko cztery z bardzo licznych przykładów zdobyczy współczesnej nauki i techniki. Stwarzane były z myślą rozwiązywania problemów społeczeństwa, z myślą niwelowania chorób, samotności, z myślą by ułatwiać ludziom życie, by ich uszczęśliwiać. Czy jednak postęp jest wartością samą w sobie? Czy stosunek rozwiązanych przez nas problemów do problemów powstałych w wyniku postępu nie jest zbyt duży? Czy przypadkiem postęp nie jest w dzisiejszych czasach tak szybki, że nie mamy czasu na zastanawianie się nad dalekosiężnymi skutkami naszych wynalazków?
Zuzanna Kunicka
sobota, 15 marca 2014
O roślinach strasznych lecz niegroźnych
Zima. Dominacja szarości i bieli. Tęskno do zieleni, roślin. Niektórzy kochają rośliny, niektórzy w ogóle o nich nie myślą…
Rośliny - pod tym pojęciem znajdziemy m.in. definicje, że są to organizmy, wykorzystujące energię promieniowania słonecznego za sprawą barwników asymilacyjnych. Brzmi niegroźnie ani strasznie. A jak inaczej można je opisać, prościej? To organizmy żywe, konieczne nam ludziom do życia, rozwoju. Zaspokajają nasze potrzeby wizualne, patrzenia na coś ładnego. Kojarzą się z czymś miłym, może dobrym, przede wszystkim bezbronnym.
Ale czy tak jest naprawdę? Czy w ogóle możemy mówić o „strasznych” roślinach? Zależy jak na to spojrzeć. „Straszne” mogą być z wyglądu, mogą mieć „straszny” zapach, ale czy mogą nas straszyć w inny sposób? Wydaje się, że nie, a jednak gdy wspominamy o roślinach mięsożernych, owadożernych to od razu przemyka nam przez głowę myśl, że rośliny mogą być choć odrobinę straszne…
Dla mnie ciekawymi przykładami roślin, są rośliny mięsożerne. To grupa ekologiczna roślin, której przedstawiciele wabią i chwytają zwierzęta za pomocą różnie przystosowanych w tym celu liści pułapkowych oraz odżywiają się pokarmem zwierzęcym. Rosiczki rosną na różnych glebach, w większości kwaśnych, piaszczystych, kamienistych i bagiennych. Owadożerność rekompensuje braki składników odżywczych w ubogich glebach – w szczególności przyswajalnego azotu. Wabią swoje ofiary błyszczącymi kroplami słodkiej cieczy, które są wydzielane na szczytach – czułkach porastających powierzchnie liści.
Rosiczka jako roślina owadożerna działa aktywnie. Ofiara wchodzi na liść i lepka substancja ją unieruchamia. Powoli pułapka się zamyka. Wydzielany kwas zaczyna rozpuszczać ciało owada. Miękkie części ciała ofiary zostają strawione, a powstała z nich ciecz – bogata w substancje odżywcze, ulega wchłonięciu przez roślinę. Po strawieniu ofiary liść otwiera się, a pozostałości zwykle są zdmuchiwane przez wiatr. Straszna sprawa… W Polsce jest ich niewiele, jednak zawsze wzbudzają one w człowieku pewne emocje, a to ciekawość, może strach, na pewno zainteresowanie. Każdy chciałby je zobaczyć, dotknąć, sam na własne oczy przekonać się, czy w jakikolwiek sposób zareagują, czy zrobią krzywdę... Człowiek zaczyna się zastanawiać gdzie żyją, ile jest gatunków w Polsce, czy są pod ochroną, czy łatwo je zobaczyć, znaleźć, a właśnie o ciekawość w biologii chodzi, o jej rozbudzanie, zachęcanie do poszukiwań, do zadawania sobie pytań i szukania na nie odpowiedzi. Mnie rośliny owadożerne zainteresowały całkiem niedawno, kiedy zobaczyłam je na żywo, kiedy je dotknęłam, zauważyłam jak reagują. Starłam i nadal staram się zainteresować nimi młodsze pokolenia, pokazując kilka „moich rosiczek”, opowiadając o nich . Czy młodzi ludzie są zainteresowani? Jak najbardziej i pamiętają o nich bardzo długo.
Rosiczki to organizmy bardzo niepozorne, o niewielkich rozmiarach, ktoś mógłby powiedzieć że mało widoczne wśród mchów torfowców, lecz jeśli się je odnajdzie, człowiek jest z siebie zadowolony. Opanowały one środowiska ubogie w sole mineralne, na takim terenie nie mają one prawie żadnej większej konkurencji. W Polsce występuje zaledwie 11 gatunków. Występują na terenach bagiennych, podmokłych więc jeżeli ktokolwiek się interesuje tymi roślinami to wie, że dotarcie do nich nie jest łatwe, ale na pewno możliwe.
Agnieszka Rozwalak
Słuchacz studiów podyplomowych "Nauczanie biologii w gimnazjach i szkołach ponadgimnazjalnych"
Uniwersytet Warmińsko – Mazurski w Olsztynie
Ale czy tak jest naprawdę? Czy w ogóle możemy mówić o „strasznych” roślinach? Zależy jak na to spojrzeć. „Straszne” mogą być z wyglądu, mogą mieć „straszny” zapach, ale czy mogą nas straszyć w inny sposób? Wydaje się, że nie, a jednak gdy wspominamy o roślinach mięsożernych, owadożernych to od razu przemyka nam przez głowę myśl, że rośliny mogą być choć odrobinę straszne…
Dla mnie ciekawymi przykładami roślin, są rośliny mięsożerne. To grupa ekologiczna roślin, której przedstawiciele wabią i chwytają zwierzęta za pomocą różnie przystosowanych w tym celu liści pułapkowych oraz odżywiają się pokarmem zwierzęcym. Rosiczki rosną na różnych glebach, w większości kwaśnych, piaszczystych, kamienistych i bagiennych. Owadożerność rekompensuje braki składników odżywczych w ubogich glebach – w szczególności przyswajalnego azotu. Wabią swoje ofiary błyszczącymi kroplami słodkiej cieczy, które są wydzielane na szczytach – czułkach porastających powierzchnie liści.
Rosiczka jako roślina owadożerna działa aktywnie. Ofiara wchodzi na liść i lepka substancja ją unieruchamia. Powoli pułapka się zamyka. Wydzielany kwas zaczyna rozpuszczać ciało owada. Miękkie części ciała ofiary zostają strawione, a powstała z nich ciecz – bogata w substancje odżywcze, ulega wchłonięciu przez roślinę. Po strawieniu ofiary liść otwiera się, a pozostałości zwykle są zdmuchiwane przez wiatr. Straszna sprawa… W Polsce jest ich niewiele, jednak zawsze wzbudzają one w człowieku pewne emocje, a to ciekawość, może strach, na pewno zainteresowanie. Każdy chciałby je zobaczyć, dotknąć, sam na własne oczy przekonać się, czy w jakikolwiek sposób zareagują, czy zrobią krzywdę... Człowiek zaczyna się zastanawiać gdzie żyją, ile jest gatunków w Polsce, czy są pod ochroną, czy łatwo je zobaczyć, znaleźć, a właśnie o ciekawość w biologii chodzi, o jej rozbudzanie, zachęcanie do poszukiwań, do zadawania sobie pytań i szukania na nie odpowiedzi. Mnie rośliny owadożerne zainteresowały całkiem niedawno, kiedy zobaczyłam je na żywo, kiedy je dotknęłam, zauważyłam jak reagują. Starłam i nadal staram się zainteresować nimi młodsze pokolenia, pokazując kilka „moich rosiczek”, opowiadając o nich . Czy młodzi ludzie są zainteresowani? Jak najbardziej i pamiętają o nich bardzo długo.
Rosiczki to organizmy bardzo niepozorne, o niewielkich rozmiarach, ktoś mógłby powiedzieć że mało widoczne wśród mchów torfowców, lecz jeśli się je odnajdzie, człowiek jest z siebie zadowolony. Opanowały one środowiska ubogie w sole mineralne, na takim terenie nie mają one prawie żadnej większej konkurencji. W Polsce występuje zaledwie 11 gatunków. Występują na terenach bagiennych, podmokłych więc jeżeli ktokolwiek się interesuje tymi roślinami to wie, że dotarcie do nich nie jest łatwe, ale na pewno możliwe.
Agnieszka Rozwalak
Słuchacz studiów podyplomowych "Nauczanie biologii w gimnazjach i szkołach ponadgimnazjalnych"
Uniwersytet Warmińsko – Mazurski w Olsztynie
IV wernisaż Grupy ART
!4 marca 2014 r., w nowym otwarciu Klubu Baccalarium, odbył się IV wernisaż prac grupy ART (Artystyczna Rezerwa Twórcza - nieprofesjonalni artyści po godzinach, praciwnicy uniwersytetu). Wystawa pod patronatem JM Rektora UWMN prof. dr hab. Ryszarda Góreckiego zorganizowana została przy wpółpracy Stowarzyszenie Absolwentów UWM i ZNP.
Swoje najnowsze prace pokazali: Marzenia Baniel, Marta Bulik, Stanisław Czachorowski, Danuta Domska, Antoni Jarczyk, Teresa Kosman, Halina Krasińska, Krystyna Kuszewska, Marian Michałowski, Michał Ostrowski, Beata Podwysocka, Tadeusz Rawa, Jolanta Uradzińska, Aleksander Wołos, Krystyka Grabka i Janusz Bieńkowski.
Wiecej zdjęć z wernisażu
Stanisław Czachorowski
Co mnie fascynuje w biologii?
„To łaskotanie w brzuchu,
Którego nigdy się nie zapomni,
Przybrało ludzką postać … „
-autor nieznany-
Na początku był … zarodek. Maleńkie ziarenko, które nie jesteśmy w stanie dostrzec gołym okiem. Ziarenko, które będzie rozwijało się w łonie kobiety przez 40 tygodni - 10 miesięcy kalendarzowych.
Powstawanie nowego życia jest procesem bardzo skomplikowanym, ale jakże fascynującym: tak naprawdę człowiek powstaje z „niczego” a jego życie zaczyna się już w momencie zapłodnienia. W wyniku połączenia się dwóch komórek tworzy się organizm – nowe życie, które by osiągnąć w pełni dojrzałą postać , musi przebyć długi proces rozwoju. To właśnie ten dziewięciomiesięczny proces rozwoju życia w łonie matki jest najbardziej fascynującym rozwojem w życiu każdego z nas.
Czy tak naprawdę zdajemy sobie z tego sprawę, że w momencie poczęcia otrzymujemy już swoje cechy, talenty i zdolności? To w tym momencie została już przypisana płeć dziecka, kolor oczu i włosów. Faktem jest, iż w dobie dzisiejszych czasów lekarz może na badaniu ultrasonograficznym uchylić rąbka tajemnicy, kogo powitamy na nowej drodze życia, ale czy mamy taką pewność na 100%? Natura jest tylko naturą i zdarza się, że potrafi być nieprzewidywalna…
Ciało matki i dziecka to jedność. Jakże nie nazwać cudem fakt, iż płód potrafi odżywiać się, mimo iż sam niczego nie je. Płód może oddychać, choć w pierwszych fazach rozwoju nie ma przecież jeszcze narządu oddychania, ale co z tego, kiedy płuca wytworzą się, a nie ma powietrza? … Bez obawy, substancja w pęcherzykach płucnych o nazwie surfakant umożliwi mu prawidłowy proces oddychania a łożysko dostarczy tlen i niezbędne składniki odżywcze. A co z moczem? Czy zastanawiamy się nad tym w jaki sposób jest on wydalany? Natura zadbała również i o to. W tym celu, zadaniu musi sprostać płyn owodniowy, układ krwionośny i nerki mamy…
Jak widać, można śmiało potwierdzić, iż wszystko jest zależne od siebie i tak zaprogramowane, by rozwijało się zgodnie z czasem natury. Dlaczego serce płodu zaczyna bić około czwartego tygodnia? Sama świadomość tego zjawiska powoduje wzruszenie u każdego rodzica a sam odgłos bijącego serduszka wywołuje łzy. Czy mama, która nosi w swoim łonie cud życia wykonując codzienne obowiązki domowe jest świadoma, że akurat w tym samym momencie oczy płodu pokrywają delikatne powieki, które muszą być przymknięte w określonym czasie, by siatkówka mogła się rozwinąć? Kto by pomyślał, że akurat teraz, w danej chwili wykształca się delikatny meszek płodowy, by chronić delikatną skórę małej istotki. Byłoby raczej niespotykane lub nienaturalne, gdybyśmy w rozmowie z naszym mężem poruszały temat lanugo? Myślę, że ta informacja na pewno by go nie zainteresowała.
Powracając do tematu, potwierdza się w dalszym ciągu następujący fakt: wszystko w naturze płodu jest sprytnie skonstruowane. Nasz maluch mimo, iż potrafi zamykać i otwierać usta nie zachłyśnie się wodami płodowymi a wręcz przeciwnie jest w stanie odróżnić ich smak, słony od kwaśnego. Czyżby nadszedł czas na kształtowanie się kubków smakowych na małym języku? Niesamowite jest również to, że ta istotka życia poznaje najpierw tony naczyń krwionośnych czy szmery jelit swojej mamy a za kilka dni czy tygodni jest w stanie zareagować już kopnięciem na różnego rodzaju bodźce zewnętrzne. Nagle pojawia się większa ruchliwość, serduszko zaczyna szybciej bić. Może za głośny krzyk dzieci na placu zabaw, zbyt zimna woda pod prysznicem lub zbyt ostre promienie słoneczne wpływają akurat teraz na reakcje płodu?
Podsumowując: To, co wydaje mi się najbardziej fascynujące a zarazem niesamowite to cud poczęcia - cud rozwoju płodu - cud narodzin. To najważniejszy i wzruszający moment w życiu każdego człowieka…. Bo tak naprawdę czy bywa cud większy niż poczęcie i narodziny dziecka?
Magdalena Szkutnik
słuchaczka studiów podyplomowych z biologii
czwartek, 13 marca 2014
Czarna śmierć w Olsztynie!… Czyli epidemia strachu przed morowym powietrzem
Olsztyński Wehikuł Czasu to cykl czwartkowych spotkań o tematyce historycznej organizowanych w Sali Kopernikańskiej Muzeum Warmii i Mazur pod patronatem Muzeum, PTH Oddziału w Olsztynie, Wydziału Humanistycznego UWM oraz Radia UWM FM.
Na kolejne spotkanie zapraszamy już 13 marca, temat przewodni – „Czarna śmierć w Olsztynie!… Czyli epidemia strachu przed morowym powietrzem” olsztyński wehikuł czasuPrelegent: dr Paweł Letko – historyk z Instytutu Historii i Stosunków Międzynarodowych, UWM w Olsztynie.
Spotkanie poprowadzą jak zawsze dr Andrzej Korytko oraz Marek Jarmołowicz. A urozmaicą multimedia: filmy, nagrania i fotoprezentacje. Serdecznie zapraszamy.
środa, 12 marca 2014
Kawiarnia naukowa i nowa odsłona Baccalarium
Klub pracowników Baccalarium, po remoncie i zmianie koncepcji, wydaje się znakomitym miejscem na spotkania olsztyńskiej kawiarni naukowej. Zachęcające jest wnętrze jak i godziny otwarcia (12.00-20.00). Wstępnie zaplanowanych jest sporo stałych wydarzeń. Ale na razie dominują tradycyjnie rozumiane kulturalne „eventy”. Wyraźnie brakuje jeszcze salonowej nauki, czyli trzeciej kultury.
Program kształtują stali bywalcy. Dlatego na wstępie warto zasygnalizować takie potrzeby jak kawiarnia naukowa. Nie zamiast ale obok dotychczasowych propozycji. W ramowym, wstępnym programie pracy Klubu Baccalarium znalazły się warsztaty fotograficzne, ambitne kinowe pokazy, koncerty kameralne, warsztaty pisania ikon, spotkania emerytowanych pracowników, odczyty i prelekcje, konkursy i przeglądy twórczości amatorskiej itd. Klub jest otwarty na pomysły pracowników. Dlatego i ja ośmielam się publicznie wyartykułować. Emerytowani pracownicy są dużym skarbem – maja ogromną wiedzę i doświadczenie. Nie warto tej wiedzy zamykać w szafie. Po drugie na uniwersytecie jest ewidentny deficyt estetycznych i wygodnych miejsc na interdyscyplinarne spotkania kameralne i dyskusje. Uniwersytet powinien kipieć intelektualnym fermentem. Powinien zwabiać ludzi z miasta, pragnących w tym „fermencie” uczestniczyć. Kulturalne spędzenie czasu w doborowym towarzystwie to nie tylko kawa, herbata, muzyka i szachy.
Nauka jest elementem kultury o czym na co dzień zapominamy. Nauki ścisłe i przyrodnicze zostały zepchnięte na margines kultury popularnej a nawet kultury oficjalnej i tak zwanej wysokiej. Zostały niejako wypchnięte z życia publicznego i zamknięte w swoim specjalistycznym getcie. Nie rzadko humanista z samozadowoleniem podkreśla, że nie zna się na fizyce, matematyce czy biotechnologii. Nieznajomość podstawowych praw naukowych podkreślana bywa z dumą – przecież jestem humanistą! Mi to nie jest potrzebne. Czyżby? Czy można zrozumieć świat wokół nas i samą kulturę bez nawet elementarnej wiedzy przyrodniczej? Znacznie rzadziej można usłyszeć głos scjentysty (przyrodnika), że nie chodzi do teatru, filharmonii czy nie czyta literatury pięknej. Nawet jak nie czyta i nie ogląda, to raczej uznaje to za rzecz wstydliwą i się z tym nie obnosi.
Teraz przyszła „zemsta” ludzi drugiej kategorii w kulturze (życiu kulturalnym, publicznym). Przyrodnicy nie rozumieją humanistyki więc ją eliminują jako nierynkową, zbędną w edukacji zawodowej na poziomie wyższym. Nieporozumienia między przyrodnikami i humanistami biorą się z niezrozumienia i wzajemnego wyizolowania. Najwyższa pora spotykać się i dyskutować, by się wzajemnie zrozumieć i poznać. Po co jest filozofia człowiekowi a po co fizyka i biologia?
Nauki przyrodnicze są częścią kultury, także tej popularnej. Widać to nawet w mediach, tabloidach, internecie. I widać dużo niezrozumienia, pomyłek i elementarnego barku wykształcenia w tym zakresie. Nagminnie, nie tylko dziennikarze ale i akademiccy humaniści, zapisują nazwę gatunkową człowieka jako „homo sapiens” zamiast „Homo sapiens”, i to nawet w książkach wydawanych przez wydawnictwa naukowe. To tylko ilustracja i symboliczny przykład. I idę o zakład, że wielu czytelników nie wie o co mi chodzi, bo co za różnica w tym zapisie? A co za różnica między lud i lód?
Wiek XIX i początek XX były okresem dominacji fizyki. Obecnie mamy wiek biologii. Bo to te nauki wnoszą ogromy inspirujący i prowokacyjny wkład najpierw w filozofię, potem w dyskusje życia codziennego (albo na odwrót). Przykładem niech będą różnorodne spory o ewolucję, wpływ genów na nasze życie czy GMO (organizmy modyfikowane genetycznie). Obecność nauk biologicznych w ostatnich dziesięcioleciach widoczna jest w przestrzeni publicznej bardzo wyraźnie. Niezaprzeczalnie wpływa na naszą kulturę, także tę tradycyjnie rozumianą jak film, teatr, literatura, sztuki plastyczne. Obecność nauki w przestrzeni publicznej to także szkolna dydaktyka czy popularyzacja wiedzy. Prosty język nie oznacza banalnych i nieważnych tematów. Warto uświadamiać sobie różnice w języku. Nauki ścisłe kładą nacisk na precyzję wypowiedzi (stad czasami publikacje naukowe wydają się nudne). Humanistyka kładzie nacisk na estetykę języka (wtedy czasem precyzja wypowiedzi jest zatracana). Warto uświadomić sobie te różnice – wtedy łatwiej o zrozumienie i wzajemną inspirację i przenikanie. I zrozumieć, że takie same słowa co innego znaczą w humanistyce i naukach przyrodniczych.
Gdzie rozmawiać głośno o kulturze? Humaniści sobie, przyrodnicy sobie, w izolowanych kręgach? To bezproduktywne. Pogrzebne są spotkania interdyscyplinarne, by wzajemnie się od siebie uczyć (a najpierw słuchać). Przykładem nowych form jest kawiarnia naukowa, zyskująca coraz większą popularność także i w Olsztynie.
Trzecia kultura, która podobno narodziła się w Ameryce w drugiej połowie XX w., według Johna Brockmana to uczeni i myśliciele badający empirycznie świat. Czyli przedstawiciele nauk przyrodniczych. To naukowcy, którzy dzięki swym pracom i pisarstwu przejmują rolę tradycyjnej „humanistycznej” elity intelektualnej w poszukiwaniu odpowiedzi na pytania od zawsze nurtujące ludzkość: czym jest życie, kim jesteśmy, dokąd zmierzamy jaki jest sens istnienia. Zaskakujące jest również to, że często prowadzą dialog z mistycyzmem i religią. Trzecia kultura to swoiste wyjście ludzi uniwersytetów na „ulicę” i bezpośredni dialog ze społeczeństwem. To opowiadanie o tym, co dzieje się w laboratoriach fizyków, chemików, matematyków, biologów, biotechnologów. Wychodzenie poprzez spotkania w kawiarni naukowej, książki popularnonaukowe, blogi, wypowiedzi w mediach popularnych. W kulturze codziennej. W potocznej kulturze zbyt dużo nagromadziło się wyeksploatowanych faktów, dawno już odkrytych, dawnych przemyśleń i konstatacji. Wielu humanistów bezproduktywnie to przetwarza i nie jest to atrakcyjne ani zrozumiałe dla przeciętnego odbiorcy. Zbyt „przetrawiona” kultura potrzebuje nowości, bo wiele intelektualnych „elit” skupiona jest wyłącznie na sobie i na tworzeniu komentarzy do komentarzy czy na krytyce krytyki itd. Można odnieść wrażenie, że wielu humanistom urwał się już kontakt z rzeczywistością, że mówią sami do siebie.
W potocznej kulturze, poszukującej odpowiedzi na najistotniejsze pytania człowieka, wykluczono takie postaci jak Einstein, Bohr, Heisenberg, Feynman, Hubble, Darwin, Margulis, Dawkins. Długie lata oczekiwano, że to humaniści staną się pośrednikami między naukami przyrodniczymi a społecznością. Że przełożą zawiły ale precyzyjny język na piękne i proste słowa, dobrze zrozumiałe dla mas. Uczeni tworzący tak zwaną trzecią kulturę sami chwycili za pióra i językiem prostym objaśniają najbardziej zawiłe aspekty rzeczywistości, bezpośrednio opowiadając o swoich przemyśleniach, wątpliwościach, teoriach i odkryciach. W ten sposób liczne elementy nauki trafiają coraz szerszym nurtem do ogólnej kultury. Bo nauka jest źródłem nowości, niezmiernie ożywczej dla kultury w szerokim sensie.
Jeszcze do niedawna komunikowanie o odkryciach nauki powierzano tak zwanym popularyzatorom, najczęściej dziennikarzom lub osobom spoza głównego nurtu uniwersyteckiego. Bo popularyzacja wydawała się czymś niegodnym porządnego naukowca-przyrodnika. Codziennie na łamach gazet, tygodników, na antenie radia czy telewizji, pojawiają się tematy dotyczące biologii molekularnej, sztucznej inteligencji, teorii chaosu, teorii wszechświata inflacyjnego, kwarków, fraktali, superstrun, bioróżnorodności, nanotechnologii, bioniki, genomiki, cyberprzestrzeni, hipotezy Gai i setek innych.
Trzecia kultura to naukowcy poszukujący autentycznych praw dotyczących ludzi, ich świadomości, struktury Wszechświata a jednocześnie osobiście uczestniczą w badaniach naukowych. Profesorowie piszą językiem prostym o swoich badaniach nie tylko dla szerokiej publiczności ale także dla naukowców innych specjalności. Przyrodniczy piszą dla humanistów (i odwrotnie). Niestety język prosty nie jest ceniony. Bo mętne wypowiedzi uznawane są za trudne, a więc mądre. W ten sposób robi się karierę. Naukowcy objaśniający w prosty sposób koncepcje naukowe ludziom spoza świata nauki, spoza własnej, wąskiej dyscypliny, często traktowani są pogardliwie przez kolegów „z branży”.
Coraz bardziej widać obecność nauk empirycznych w kulturze nawet naszego miasta. A przecież to zjawisko globalne a nie lokalne. Pewien rodzaj wizji naukowych nie ma szansy na zaistnienie w tradycyjnych publikacjach naukowych czy na specjalistycznych konferencjach. Ale filozofujący naukowcy istnieli od wieków, w znaczący sposób wpływając na kulturę ogólną. A jednym z większych współczesnych problemów jest syntetyzowanie wiedzy.
Olsztyńska kawiarnia naukowa Klubu Profesorów Collegium Copernicanum wyrosła z potrzeby spotykania się naukowców różnych specjalności: humanistów i przyrodników a także artystów. Także z potrzeby spotykania się z tak zwanymi "zwykłymi" ludźmi, bowiem łączy nas ciekawość świata. Konieczność mówienia językiem zrozumiałym dla niespecjalistów pomaga w lepszym formułowaniu myśli. Liczymy, że poza spotkaniami na olsztyńskiej Starówce zyskamy nowe, przyjazne miejsce w postaci Klubu Baccalarium. A żeby tak się stało, wystarczy odwiedzać to miejsce.
Stanisław Czachorowski
Program kształtują stali bywalcy. Dlatego na wstępie warto zasygnalizować takie potrzeby jak kawiarnia naukowa. Nie zamiast ale obok dotychczasowych propozycji. W ramowym, wstępnym programie pracy Klubu Baccalarium znalazły się warsztaty fotograficzne, ambitne kinowe pokazy, koncerty kameralne, warsztaty pisania ikon, spotkania emerytowanych pracowników, odczyty i prelekcje, konkursy i przeglądy twórczości amatorskiej itd. Klub jest otwarty na pomysły pracowników. Dlatego i ja ośmielam się publicznie wyartykułować. Emerytowani pracownicy są dużym skarbem – maja ogromną wiedzę i doświadczenie. Nie warto tej wiedzy zamykać w szafie. Po drugie na uniwersytecie jest ewidentny deficyt estetycznych i wygodnych miejsc na interdyscyplinarne spotkania kameralne i dyskusje. Uniwersytet powinien kipieć intelektualnym fermentem. Powinien zwabiać ludzi z miasta, pragnących w tym „fermencie” uczestniczyć. Kulturalne spędzenie czasu w doborowym towarzystwie to nie tylko kawa, herbata, muzyka i szachy.
Nauka jest elementem kultury o czym na co dzień zapominamy. Nauki ścisłe i przyrodnicze zostały zepchnięte na margines kultury popularnej a nawet kultury oficjalnej i tak zwanej wysokiej. Zostały niejako wypchnięte z życia publicznego i zamknięte w swoim specjalistycznym getcie. Nie rzadko humanista z samozadowoleniem podkreśla, że nie zna się na fizyce, matematyce czy biotechnologii. Nieznajomość podstawowych praw naukowych podkreślana bywa z dumą – przecież jestem humanistą! Mi to nie jest potrzebne. Czyżby? Czy można zrozumieć świat wokół nas i samą kulturę bez nawet elementarnej wiedzy przyrodniczej? Znacznie rzadziej można usłyszeć głos scjentysty (przyrodnika), że nie chodzi do teatru, filharmonii czy nie czyta literatury pięknej. Nawet jak nie czyta i nie ogląda, to raczej uznaje to za rzecz wstydliwą i się z tym nie obnosi.
Teraz przyszła „zemsta” ludzi drugiej kategorii w kulturze (życiu kulturalnym, publicznym). Przyrodnicy nie rozumieją humanistyki więc ją eliminują jako nierynkową, zbędną w edukacji zawodowej na poziomie wyższym. Nieporozumienia między przyrodnikami i humanistami biorą się z niezrozumienia i wzajemnego wyizolowania. Najwyższa pora spotykać się i dyskutować, by się wzajemnie zrozumieć i poznać. Po co jest filozofia człowiekowi a po co fizyka i biologia?
Nauki przyrodnicze są częścią kultury, także tej popularnej. Widać to nawet w mediach, tabloidach, internecie. I widać dużo niezrozumienia, pomyłek i elementarnego barku wykształcenia w tym zakresie. Nagminnie, nie tylko dziennikarze ale i akademiccy humaniści, zapisują nazwę gatunkową człowieka jako „homo sapiens” zamiast „Homo sapiens”, i to nawet w książkach wydawanych przez wydawnictwa naukowe. To tylko ilustracja i symboliczny przykład. I idę o zakład, że wielu czytelników nie wie o co mi chodzi, bo co za różnica w tym zapisie? A co za różnica między lud i lód?
Wiek XIX i początek XX były okresem dominacji fizyki. Obecnie mamy wiek biologii. Bo to te nauki wnoszą ogromy inspirujący i prowokacyjny wkład najpierw w filozofię, potem w dyskusje życia codziennego (albo na odwrót). Przykładem niech będą różnorodne spory o ewolucję, wpływ genów na nasze życie czy GMO (organizmy modyfikowane genetycznie). Obecność nauk biologicznych w ostatnich dziesięcioleciach widoczna jest w przestrzeni publicznej bardzo wyraźnie. Niezaprzeczalnie wpływa na naszą kulturę, także tę tradycyjnie rozumianą jak film, teatr, literatura, sztuki plastyczne. Obecność nauki w przestrzeni publicznej to także szkolna dydaktyka czy popularyzacja wiedzy. Prosty język nie oznacza banalnych i nieważnych tematów. Warto uświadamiać sobie różnice w języku. Nauki ścisłe kładą nacisk na precyzję wypowiedzi (stad czasami publikacje naukowe wydają się nudne). Humanistyka kładzie nacisk na estetykę języka (wtedy czasem precyzja wypowiedzi jest zatracana). Warto uświadomić sobie te różnice – wtedy łatwiej o zrozumienie i wzajemną inspirację i przenikanie. I zrozumieć, że takie same słowa co innego znaczą w humanistyce i naukach przyrodniczych.
Gdzie rozmawiać głośno o kulturze? Humaniści sobie, przyrodnicy sobie, w izolowanych kręgach? To bezproduktywne. Pogrzebne są spotkania interdyscyplinarne, by wzajemnie się od siebie uczyć (a najpierw słuchać). Przykładem nowych form jest kawiarnia naukowa, zyskująca coraz większą popularność także i w Olsztynie.
Trzecia kultura, która podobno narodziła się w Ameryce w drugiej połowie XX w., według Johna Brockmana to uczeni i myśliciele badający empirycznie świat. Czyli przedstawiciele nauk przyrodniczych. To naukowcy, którzy dzięki swym pracom i pisarstwu przejmują rolę tradycyjnej „humanistycznej” elity intelektualnej w poszukiwaniu odpowiedzi na pytania od zawsze nurtujące ludzkość: czym jest życie, kim jesteśmy, dokąd zmierzamy jaki jest sens istnienia. Zaskakujące jest również to, że często prowadzą dialog z mistycyzmem i religią. Trzecia kultura to swoiste wyjście ludzi uniwersytetów na „ulicę” i bezpośredni dialog ze społeczeństwem. To opowiadanie o tym, co dzieje się w laboratoriach fizyków, chemików, matematyków, biologów, biotechnologów. Wychodzenie poprzez spotkania w kawiarni naukowej, książki popularnonaukowe, blogi, wypowiedzi w mediach popularnych. W kulturze codziennej. W potocznej kulturze zbyt dużo nagromadziło się wyeksploatowanych faktów, dawno już odkrytych, dawnych przemyśleń i konstatacji. Wielu humanistów bezproduktywnie to przetwarza i nie jest to atrakcyjne ani zrozumiałe dla przeciętnego odbiorcy. Zbyt „przetrawiona” kultura potrzebuje nowości, bo wiele intelektualnych „elit” skupiona jest wyłącznie na sobie i na tworzeniu komentarzy do komentarzy czy na krytyce krytyki itd. Można odnieść wrażenie, że wielu humanistom urwał się już kontakt z rzeczywistością, że mówią sami do siebie.
W potocznej kulturze, poszukującej odpowiedzi na najistotniejsze pytania człowieka, wykluczono takie postaci jak Einstein, Bohr, Heisenberg, Feynman, Hubble, Darwin, Margulis, Dawkins. Długie lata oczekiwano, że to humaniści staną się pośrednikami między naukami przyrodniczymi a społecznością. Że przełożą zawiły ale precyzyjny język na piękne i proste słowa, dobrze zrozumiałe dla mas. Uczeni tworzący tak zwaną trzecią kulturę sami chwycili za pióra i językiem prostym objaśniają najbardziej zawiłe aspekty rzeczywistości, bezpośrednio opowiadając o swoich przemyśleniach, wątpliwościach, teoriach i odkryciach. W ten sposób liczne elementy nauki trafiają coraz szerszym nurtem do ogólnej kultury. Bo nauka jest źródłem nowości, niezmiernie ożywczej dla kultury w szerokim sensie.
Jeszcze do niedawna komunikowanie o odkryciach nauki powierzano tak zwanym popularyzatorom, najczęściej dziennikarzom lub osobom spoza głównego nurtu uniwersyteckiego. Bo popularyzacja wydawała się czymś niegodnym porządnego naukowca-przyrodnika. Codziennie na łamach gazet, tygodników, na antenie radia czy telewizji, pojawiają się tematy dotyczące biologii molekularnej, sztucznej inteligencji, teorii chaosu, teorii wszechświata inflacyjnego, kwarków, fraktali, superstrun, bioróżnorodności, nanotechnologii, bioniki, genomiki, cyberprzestrzeni, hipotezy Gai i setek innych.
Trzecia kultura to naukowcy poszukujący autentycznych praw dotyczących ludzi, ich świadomości, struktury Wszechświata a jednocześnie osobiście uczestniczą w badaniach naukowych. Profesorowie piszą językiem prostym o swoich badaniach nie tylko dla szerokiej publiczności ale także dla naukowców innych specjalności. Przyrodniczy piszą dla humanistów (i odwrotnie). Niestety język prosty nie jest ceniony. Bo mętne wypowiedzi uznawane są za trudne, a więc mądre. W ten sposób robi się karierę. Naukowcy objaśniający w prosty sposób koncepcje naukowe ludziom spoza świata nauki, spoza własnej, wąskiej dyscypliny, często traktowani są pogardliwie przez kolegów „z branży”.
Coraz bardziej widać obecność nauk empirycznych w kulturze nawet naszego miasta. A przecież to zjawisko globalne a nie lokalne. Pewien rodzaj wizji naukowych nie ma szansy na zaistnienie w tradycyjnych publikacjach naukowych czy na specjalistycznych konferencjach. Ale filozofujący naukowcy istnieli od wieków, w znaczący sposób wpływając na kulturę ogólną. A jednym z większych współczesnych problemów jest syntetyzowanie wiedzy.
Olsztyńska kawiarnia naukowa Klubu Profesorów Collegium Copernicanum wyrosła z potrzeby spotykania się naukowców różnych specjalności: humanistów i przyrodników a także artystów. Także z potrzeby spotykania się z tak zwanymi "zwykłymi" ludźmi, bowiem łączy nas ciekawość świata. Konieczność mówienia językiem zrozumiałym dla niespecjalistów pomaga w lepszym formułowaniu myśli. Liczymy, że poza spotkaniami na olsztyńskiej Starówce zyskamy nowe, przyjazne miejsce w postaci Klubu Baccalarium. A żeby tak się stało, wystarczy odwiedzać to miejsce.
Stanisław Czachorowski
wtorek, 11 marca 2014
Biblioteka Kulturalna i jadalne kwiaty
| (fot. S. Czachorowski) |
Więcej o JADALNYCH KWIATACH dowiesz się na czwartkowym spotkaniu Biblioteki Kulturalnej, gdzie odbędzie się wykład inż. Joanny Kmieć, reprezentująca Koło Naukowe Florystów, działające na Wydziale Kształtowania Środowiska i Rolnictwa naszego Uniwersytetu.
Zapraszamy: czwartek (13.03), godz: 13:30, sala 116, Biblioteka Uniwersytecka UWM w Olsztynie
Subskrybuj:
Posty (Atom)
















